niedziela, 5 sierpnia 2018

Część X


TERAZ

Nadchodzi słoneczny poranek dnia manifestacji:

Raven i Tack wychodzą razem ze mną, chociaż poinformowali mnie, że na miejscu się rozdzielimy. Moim zadaniem jest trzymać się jak najbliżej sceny. Mam obserwować Juliana, zanim odwiozą go do Columbia Memorial, gdzie zostanie poddany zabiegowi.
Nie spuszczaj go z oczu, choćby nie wiem co — instruuje mnie Raven. — Choćby nie wiem co, jasne?

...No i się zaczyna.

* wzdycha ciężko *

Cóż, prędzej czy później musiało to nastąpić. Kochani czytelnicy: powitajmy na scenie główną intrygę tego tomu. Na razie czai się jeszcze nieśmiało w kąciku, ale uwierzcie mi na słowo – gdy w końcu rozgości się na dobre na kartach książki, zrobi to z pełnym przytupem.

W poprzednich analizach wspominałam już, że naczelną autorką tajnego planu Odmieńców jest Raven. Aby uprzedzić wasze pytania:

a) nie, Lena (a zarazem i czytelnicy) nie będzie miała pełnego obrazu sytuacji niemalże do końca książki

b) nie, nie będzie spoilerów dotyczących najważniejszych punktów planu (skoro my musiałyśmy przełknąć ową falę kretynizmów za jednym zamachem, to Wy też; poza tym, nasze analizy straciłyby sporo uroku, gdybyście z góry wiedzieli, że pewne elementy – na pierwszy rzut oka całkiem logicznie i interesujące – nie mają za grosz sensu w szerszej perspektywie)

c) tak, spisek jest dokładnie tak idiotyczny, jak można by się tego spodziewać po Raven.

Mając to wszystko na uwadze, nie mogę się jednak powstrzymać od pewnego komentarza. Myślę, że na tym etapie jest dosyć jasne, że projekt Raven zakłada jakiś rodzaj interakcji między Leną a Julianem, choćby miały się one ograniczać do stalkingu/bycia stalkowanym. A w takim układzie...

Dlaczego? — pytam, choć wiem, że moje pytanie po zostanie bez odpowiedzi. Mimo że jestem członkiem ruchu oporu, nie wiem prawie nic o tym, jak ruch funkcjonuje ani co chce osiągnąć.
Ponieważ ja tak mówię.

...radziłabym jednak wtajemniczyć kluczowego pionka przynajmniej w najogólniejsze założenia planu.

Widzicie, tak się składa, że aby mała konspiracja Raven w ogóle mogła dojść do skutku, Lena musi zagrać idealnie wedle scenariusza ułożonego przez starszą z dziewczyn – a przynajmniej wedle tych elementów scenariusza, nad którymi Raven ma jakąkolwiek kontrolę (a jak się w przyszłości przekonamy, owa kontrola pozostawia nieco do życzenia). Jakkolwiek uświadamianie jej, na czym dokładnie ma polegać jej rola zdecydowanie nie byłoby dobrym pomysłem (przede wszystkim dlatego, że...no cóż...istnieje spora szansa, że panna Haloway zebrałaby gromkie brawa od czytelników, perorując niby-szefowej, co sądzi o jej genialnych pomysłach), pozostawienie jej wyłącznie z ogólnikową instrukcją może skutkować spaleniem projektu jeszcze przed jego właściwym rozpoczęciem – zwłaszcza że, jak przekonamy się w następnym odcinku, już od samego początku funkcjonowanie planu opiera się w olbrzymiej mierze na szczęściu i idealnym wyczuciu czasu bohaterów.

A pomijając już wszystko – mam rozumieć, że Lena serio nie wie nawet po co (w najogólniejszym choćby sensie) Raven i Tack zawlekli ją do Nowego Jorku?! Ona po prostu... ot, tak dała się zawieźć na teren wroga, stworzyć sobie nową tożsamość i narażać się dzień po dniu – nie wiedząc, czemu to wszystko ma właściwie służyć? To się dopiero nazywa idealizm i walka za ideę!

Ostatnią część zdania wymawiam bezgłośnie razem z nią, odwrócona do niej plecami.

Zaiste, świetnie się zapowiada; od razu widać, że mamy tu do czynienia z dojrzałymi bojownikami o wolność.

Lena komentuje, że miasto zwiększyło liczbę autobusów ze względu na tłumy obywateli zmierzających na manifestację:

Na demonstracji oczekuje się dwudziestu pięciu tysięcy osób: około pięciu tysięcy członków AWD oraz tysięcy widzów i obserwatorów.

Faktycznie całkiem sporo. Co rodzi kolejne pytanie: dlaczego w „Delirium” nigdy nie słyszeliśmy nic o pochodach na cześć Małego Brata, czy to organizowanych przez AWD, czy inną podobną grupę? W Oliverversum propaganda powinna kwitnąć na każdym kroku, a obywatele być indoktrynowani od dzieciństwa – jakim cudem Lena nie spędzała swych młodzieńczych lat w Portland, deklamując wierszyki wychwalające remedium?

Będzie tam też wiele grup, które sprzeciwiają się AWD i koncepcji wcześniejszych zabiegów.
Zabieg po prostu nie jest jeszcze bezpieczny dla dzieci — mówią — i konsekwencją mogą być straszliwe straty społeczne: stworzymy w ten sposób naród wariatów i idiotów". AWD twierdzi z kolei, że tamci są zbyt bojaźliwi. Ich zdaniem korzyści o wiele przewyższają ryzyko. A jeśli zajdzie taka potrzeba, po prostu powiększy się więzienia i poupycha tam uszkodzone jednostki, by nie drażniły swym widokiem reszty społeczeństwa.

Natomiast oficjalna linia partii brzmi...?

Myślę, że to dobry moment, aby wspomnieć o naczelnym problemie, jaki mam z istnieniem AWD: Lena nie żyje w demokratycznym, wolnym kraju. Tu w ogóle nie powinno być miejsca na tego rodzaju dyskusje – albo pomysł AWD podoba się tym na górze, albo zwijamy majdan. Thomas Fineman, lobbując za wcześniejszym wstrzykiwaniem remedium, pośrednio poddaje krytyce rząd Małego Brata, stojąc zarazem na czele niezwykle silnej, wzbudzającej powszechny szacunek organizacji; jakim cudem nie tylko nadal może sobie chodzić luzem po Oliverversum, ale w dodatku być jedną z ważniejszych i bogatszych osobistości?

* wzdycha *

Z drugiej strony... nawet nie wiem, czy mogę to uznać za błąd. Widzicie, im dalej w las, tym bardziej niespójny staje się świat przedstawiony trylogii; dość powiedzieć, że gdy dojedziemy do końca „Requiem” naprawdę ciężko będzie zrozumieć, co właściwie próbują osiągnąć bohaterowie – i jak ma się to do ustroju panującego w Oliverversum. Kto wie, może faktycznie nikogo tu nie dziwi i nie obchodzi, że kwestie tak istotne dla funkcjonowania społeczeństwa, jak aplikowanie remedium w konkretnym wieku poddawane są powszechnej – i powszechnie akceptowanej – krytyce.

Nasi bohaterowie wsiadają do autobusu:

Raven i Tack nie rozmawiają z sobą, pewnie znowu się pokłócili. Wyczuwam panujące między nimi napięcie, co tylko wzmaga mój niepokój.

No...nawet na pewno. Byłaś przecież świadkiem ich kłótni i chociaż (jak zwykle) nie wtajemniczyli cię w żadne szczegóły, wiesz, że ma to coś wspólnego z manifestacją, na którą zmierzacie.

Raven znajduje dla nich dwa wolne miejsca obok siebie z tyłu autobusu, ale Tack, o dziwo, siada koło mnie.
Co ty wyprawiasz? — pyta Raven, nachylając się do przodu.
Musi uważać, by nie podnosić głosu. Wyleczeni się nie kłócą. To jedno z dobrodziejstw zabiegu.

Wątpię, żeby wyleczeni przejmowali się też drobiazgami w rodzaju partnera do wspólnej podróży komunikacją miejską, skoro uczucie zazdrości i wszystkie jej pochodne powinny być im najzupełniej obce. A skoro o zazdrości mowa - Raven, czy w dzień taki jak ten naprawdę nie masz poważniejszych problemów?...No, chyba że boisz się, że Tack wykorzysta ów bezpieczny dystans, by puścić farbę w kwestii Genialnego Planu, w takim układzie twoje zdenerwowanie jest w pełni zrozumiałe; na twoim miejscu też bym wolała, aby Lena nie wiedziała zawczasu, na jaką minę zamierzacie ją wpakować.

Tack uspokaja swą lubą, iż chce tylko upewnić się, że Lena dobrze się czuje:

Rano nie byłam zdenerwowana, dopiero teraz udzielił mi się ich niepokój. Najwyraźniej martwią się o coś i wydaje mi się, że znam tego przyczynę: pewnie wierzą, że pogłoski o Hienach okażą się prawdziwe. Pewnie uważają, że Hieny zamierzają zorganizować atak, że spróbują w jakiś sposób zakłócić manifestację.

Aaach. Hieny. Już wkrótce zagoszczą oficjalnie w naszych analizach i skłamałabym twierdząc, że czekam z niecierpliwością na ten moment.

Nasi bohaterowie docierają na obrzeża Times Square (autobus nie jest w stanie wjechać dalej), gdzie nie wciśniesz nawet szpilki:

Na ulicach roi się od ludzi, którzy tworzą jeden wielki kalejdoskop twarzy, płynącą rzekę kolorów. Są tu też porządkowi, zarówno ochotnicy, jak i zawodowi, w nieskazitelnych mundurach, oraz uzbrojeni strażnicy stojący nieruchomo w rzędzie, patrzący wprost przed siebie, podobni do żołnierzyków dla zabawy ustawionych w szeregu, gotowych do wymarszu. Tyle że ci prawdziwi noszą ogromne pistolety, a ich lufy połyskują groźnie w słońcu.

Wygląda na to, że włodarze Nowego Jorku mają pewien problem z dopięciem budżetu: władze Portland było bez problemu stać na zaopatrzenie pani Jadzi w karabin, helikopter i czołg w celu spacyfikowania jednej nastolatki, a ci biedacy mają jeno kilka pistoletów na wielką, zbiorową imprezę, podczas której mnóstwo rzeczy może wymknąć się spod kontroli.

Gdy tylko wchodzę w tłum, ludzka fala napiera na mnie ze wszystkich stron i chociaż Raven i Tack idą tuż za mną, kilkakrotnie tracę ich z oczu. Teraz już rozumiem, dlaczego wszystkie instrukcje dali mi wcześniej. Nie ma szans, żebyśmy utrzymali z sobą kontakt.

Primo: Owszem, gdyby Raven i Tackowi na tym zależało moglibyście utrzymać ze sobą kontakt: jesteście zdesperowanymi buntownikami w tłumie (rzekomych) beznamiętnych zombie, kilka kuksańców w bok załatwiłoby sprawę.

PS: Słowem – kluczem jest tu „gdyby”.

Secundo: Jakie znów instrukcje?! „Gap się na Finemana juniora jak cielę na malowane wrota”? Toć ty nawet nie wiesz, po co cię tu przywlekli!

Jest potwornie głośno. Porządkowi kierują ruchem pieszych za pomocą gwizdków, a z oddali dochodzą mnie śpiewy i bicie bębnów. Demonstracja oficjalnie ma się zacząć za dwie godziny, ale już teraz słychać rytm pieśni AWD: „W liczbach nasze schronienie, nic więcej nam nie trzeba...".

No...zasadniczo to zdaniem szefa całego tego cyrku trzeba wam możliwości wcześniejszego aplikowania remedium, więc piosenka jest nieco ni w pięć, ni w dziewięć.

Widzę setki powiewających białych chorągwi, znaków poparcia dla AWD — i tylko kilka szmaragdowych, symboli opozycji.

Albowiem, jak wszyscy doskonale wiemy, w totalitarnych krajach wywieszanie znaków sugerujących przynależność do ruchu sprzeciwiającemu się założeniom partii (nie, żebyśmy wiedzieli, jakie właściwie jest założenie partii, więc ten komentarz mógłby na dobrą sprawę dotyczyć obu stron) jest absolutnie dozwolone i nie kończy się żadnymi reperkusjami.

Lena! — Odwracam się. Tack przepycha się przez tłum i wciska mi do ręki parasol. — Zapowiadali na później deszcz.
Po idealnym, bladoniebieskim niebie płyną pasemka pierzastych chmur, jak białe kosmyki włosów.
— Nie sądzę... — zaczynam, ale Tack przerywa mi.
Po prostu go weź — mówi. — Zaufaj mi.

Wstęp do Genialnego Planu, odsłona druga.

I znów, nie zdradzając zbyt wiele: myślę, że i bez moich wskazówek domyślacie się, że ów parasol ma odegrać jakąś rolę w intrydze Raven i Tacka. Uwierzcie mi na słowo: wciskanie go Lenie bez żadnego wytłumaczenia (bo trudno tę marną wymówkę nazwać dobrym uzasadnieniem) to jedna z najgłupszych rzeczy, jakie mogli uczynić – i tylko dzięki Imperatywowi Narracyjnemu ich niedbalstwo i niechęć do wtajemniczania dziewczyny w jakiekolwiek szczegóły nie zakończy się tragedią.

Dzięki. — Silę się na wdzięczność w głosie.
Podobna troskliwość to rzadkość u Tacka.

* przypomina sobie, do czego to wszystko doprowadzi *

He, he, he.

Widzę, jak przygryza wargę. Taką samą minę widziałam u niego, kiedy w naszym nowojorskim mieszkaniu siedział nad układanką i nie mógł dopasować wszystkich elementów. Wydaje mi się, że chce mi powiedzieć coś ważnego, dać jakąś radę, ale w ostatniej chwili najwyraźniej zmienia zdanie, bo mówi tylko:
Muszę dogonić Rebeckę — przy czym zacina się przy oficjalnym imieniu Raven.

Wątek Tacka w tej książce nieco mnie bawi, bo facet ewidentnie widzi luki w Genialnym Planie polegającym na trzymaniu Leny w błogiej nieświadomości - ale cóż robić, kiedy alternatywą jest spanie na kanapie...

Zabieram się do pakowania parasola (…) kiedy nagle dociera do mnie, że nie wiem, co mam zrobić po demonstracji, ani gdzie się z nimi spotkać.

* wzdycha * Słuchajcie, ja wiem, że to nieogarnięcie Leny jest potrzebne, żeby popchnąć fabułę w konkretnym kierunku – ale serio, czy ta lebiega W OGÓLE nie zainteresowała się wcześniej tym, po co idą na manifestację, jaki jest plan i jej rola w nim? Owszem, Raven bardzo lubi zbywać dziewczynę półsłówkami, ale gdyby ta zadała konkretne pytanie w rodzaju: „O której i gdzie zbiórka po manifie?” musieliby podać jej jakiekolwiek bądź (choćby fałszywe) informacje, a sama Lena przynajmniej nie sprawiałaby wrażenia dziecka we mgle, które ma mniej wspólnego z rewolucjonistką, a więcej z nastolatką, która pojechała na koncert ze starszym, niechętnym jej rodzeństwem, myślącym tylko o tym, jakby tu spławić małolatę.

Tack zostawia dziewczynę samą w tłumie; porządkowy szturcha ją pałką (uff, Jadzia pożyczyła im przynajmniej część sprzętu!), aby nie tamowała ruchu.

Przy Trzydziestej Ósmej Ulicy mijam wraz z tłumem barierki, przy których musimy przystanąć w kolejce, aby pozwolić się przeszukać policjantom z wykrywaczami metalu. Sprawdzają także szyje — niewyleczeni podczas manifestacji znajdą się w osobnym sektorze — i skanują dowody, choć na szczęście nie wrzucają wszystkiego do SWD, Systemu Weryfikacji Danych.

Lena mówiąc o szczęściu ma na myśli czas, który oszczędzają z racji braku drobiazgowej kontroli, ale wiecie co? Ja tam uważam, że NAPRAWDĘ ma szczęście.

Raven, Tack i Lena zdobyli gdzieś fałszywe dokumenty – w porządku, tego rodzaju rzeczy można ostatecznie jakoś skombinować/znaleźć utalentowanego fałszerza. Ale jak wiemy od czasów „Delirium”, każdy z owych dowodów znajduje się też w globalnej sieci. I tu rodzi się pytanie – czy zdołali też znaleźć zdolnego hakera, który pomógłby im wprowadzić dane do systemu?

„Cóż” - powie ktoś z was - „Poradzili sobie ze zdobyciem nowych tożsamości, mogli poradzić sobie i z tym”. Niby racja, weźmy jednak pod uwagę, że grzebanie w zapewne świetnie zabezpieczonej sieci nie jest tym samym, co podrobienie fizycznego dokumentu. Nasze aniołki potrzebowałyby kogoś utalentowanego i/lub znajdującego się na tyle wysoko w szeregach, kto mógłby przeprowadzić niezauważony ów mały sabotaż. I tu pojawia się kolejny problem: te ciamajdy nie były w stanie przeżyć kilku tygodni bez szamponu podrzucanego im przez pana Wiesia. Czy autorka naprawdę oczekuje, że uwierzę w to, iż ta banda fajtłap, która nie potrafiła przeżyć jednej zimy w Głuszy bez pomocy z zewnątrz, poradziła sobie z tak karkołomnym zadaniem, jak powrócenie do świata żywych bez wzbudzania czyjejkolwiek uwagi?

I jeszcze jedno. Raven i Tack (jak się w swoim czasie dowiemy) nie muszą aż tak przejmować się tą kwestią, ale Lena uciekła do Głuszy zaledwie kilka miesięcy wcześniej. Jej oryginalny dowód, choć unieważniony, może, a nawet powinien znajdować się nadal gdzieś w cyfrowych archiwach – właśnie po to, żeby w razie czego można było złapać rebelianta, który pod fałszywymi danymi próbuje zakraść się z powrotem do Oliverversum. Tymczasem pana Haloway nigdy nie obawia się, że niemal identyczne zdjęcie – połączone, dodajmy, z podobnym i charakterystycznym imieniem (zakładam, że Lena obecnie używa zdrobnienia, podczas gdy na oficjalnym dowodzie w Portland widniała jako Magdalena) – mogłoby, niczym w filmach akcji, doprowadzić do rozpoznania przez system i wyświetlenia wielkiego napisu „Buntownik” na czytniku pana ochroniarza. Od razu mówię – nie wiem, czy przy ichniej technologii byłoby to możliwe, ale tak czy inaczej nawet lekka obawa i zdenerwowanie (choćby irracjonalne) ze strony naszej narratorki byłyby zrozumiałe - było nie było, dekonspiracja w jej przypadku równałaby się wyrokowi śmierci.

Nawet z tym przejście całej kontroli zajmuje godzinę. Za bramkami bezpieczeństwa ochotnicy rozdają chusteczki antybakteryjne: małe, białe paczuszki z wydrukowanym logo AWD. „CZYSTOŚĆ IDZIE W PARZE Z POBOŻNOŚCIĄ. BEZPIECZEŃSTWO TKWI W DETALACH. SZCZĘŚCIE LEŻY W METODZIE.”

Co ma piernik do wiatraka? AWD lobbuje za wcześniejszym zabiegiem, a nie poprawieniem stanu higieny w Oliverversum.

Lena dociera na Times Square, bębny bębnią, śpiewy się niosą:

Widziałam raz zdjęcie Times Square sprzed ery remedium, sprzed zamknięcia granic. Tack znalazł je niedaleko Ocalenia — azylu w New Jersey, niedaleko Nowego Jorku, po drugiej stronie rzeki. Mieszkaliśmy tam przez jakiś czas, czekając na podrobione dokumenty.

Aha. A może coś więcej w tym temacie? Jakim cudem Odmieńcy nawiązali z kimś kontakt w New Jersey w tak delikatnej sprawie, skoro ich komunikacja z panem Wiesiem w kwestii dostarczenia paczki cukru ograniczała się do farb? W przypadku fałszywych dokumentów trzeba wszak ustalić nieco więcej detali, nie mówiąc już o tym, że nasza Złota Trójca musiała gdzieś cyknąć sobie sweet focie. Z kim się skontaktowali? Jak dokładnie wyglądały odbiór dokumentów i ostateczne przejście przez granicę? Nic? Nada?...Rozumiem, jedziemy dalej.

Pewnego dnia Tack pod stosem kamieni i zwęglonych belek znalazł nietknięty album ze zdjęciami. Wieczorami przeglądałam go i udawałam, że te zdjęcia — to życie wśród przyjaciół oraz roześmianych twarzy — należą do mnie.

Rozumiem dziewczynę – album z dzieciństwa i liściki z podstawówki przepadły, więc trzeba się cieszyć tym, co się ma.

Obecnie na Times Square znajduje się wielka scena i znaki AWD (czerwone i białe kwadraty).

Zjednoczony Kościół Religii i Nauki zajął jeden billboard i oznaczył go swoim symbolem: ogromną dłonią trzymającą cząsteczkę tlenu.

Nadal śmieszne.

Lena wspomina, że na starym zdjęciu Times Square lśniło feerią barw i światłami:

Żarówki wciąż tu są, ale od dawna nie świecą. Na wielu z nich siedzą gołębie. W Nowym Jorku i siostrzanych miastach limituje się zużycie prądu, tak samo jak w Portland — i chociaż samochodów i autobusów jest tu więcej, przerwy w dostawie prądu są częstsze i bardziej dotkliwe. Po prostu za dużo tu ludzi i nie da się wszystkich zadowolić.

Nie, ten cytat nie jest ani zabawny, ani szczególnie ważny; zamieszczam go tylko dlatego, że przypomina mi, co czeka nas w tomie trzecim i och, uwierzcie – nie mogę się doczekać tego wątku.

Braki w dostawach nie dotyczą jednak najwyraźniej AWD, bowiem na scenie, poza kilkoma krzesłami, znajduje się też olbrzymi ekran. Lena przeciska się między ludźmi, bowiem pamiętna rozkazów Raven chce być jak najbliżej Juliana:

I wtedy właśnie panika ogarnia mnie na nowo. Jeśli Hieny rzeczywiście zaatakują — albo jeżeli cokolwiek pójdzie nie tak — nie będzie dokąd uciec. Ludzie w popłochu zaczną się pchać do wyjścia, tratując się nawzajem. Znajdziemy się w pułapce. Ale Hieny się nie zjawią. Nie ośmielą się. To dla nich zbyt ryzykowne. Times Square roi się teraz od policji i uzbrojonych porządkowych.

Oczywiście, że się nią zjawią – to właśnie dlatego zostały teraz wspomniane po raz drugi w całej serii i to właśnie w tym konkretnym kontekście. To elementarne, drogi Watsonie.



Przeciskam się obok rzędu otwartych trybun otoczonych taśmą, gdzie siedzą członkowie młodzieżówki AWD: oczywiście dziewczęta i chłopcy w oddzielnych sektorach, wszyscy pilnują się, by nie patrzeć na siebie nawzajem.

Zgodnie z tym, co oznajmiłaś dyrektorce na początku książki, ty też do niej należysz („sekcja A”). Dlaczego nie siedzisz wraz z nimi, skoro byłoby to jak znalazł, biorąc pod uwagę twoją misję?

Lena przeciska się pod samą scenę w momencie, gdy zaczynają się na nią wdrapywać Juleczek wraz z tatusiem, ochroniarzami i policją; Julian wygląda bardzo elegancko i ma włosy zaczesane gładko do tyłu, co tworzy loki za uszami (nie, nie sądzę, aby miało to znaczenie dla fabuły, po prostu chciałam się z Wami podzielić tym szczegółem).

Ciekawi mnie, dlaczego jest taki ważny — dlaczego Tack i Raven kazali mi nie spuszczać go z oka. Oczywiście jest symbolem AWD — poświęcenia w imię bezpieczeństwa publicznego — ale zastanawiam się, czy stanowi jakieś dodatkowe zagrożenie.

Uwierz mi, Leno – naprawdę nie chcesz wiedzieć, jakimi to krętymi ścieżkami biegły myśli Raven, gdy tworzyła swój plan.

Wracam myślami do tego, co powiedział na spotkaniu: „Miałem dziewięć lat, kiedy powiedziano mi, że umieram". Zastanawiam się, jak to jest umierać powoli.

Nijak, przynajmniej w jego przypadku. Drobna rada, drodzy czytelnicy: nie zwracajcie szczególnej uwagi na ową rzekomą chorobę Juleczka. Jest to w dużej mierze casus tzw. „opkowej śpiączki” - zdrowotny problem istniejący tylko dla stworzenia dramy i nie mający żadnych większych konsekwencji, gdy w grę wchodzi codzienne funkcjonowanie bohatera.

Bębnienie dochodzi zza sceny, z niewidocznej stąd części placu, gdzie musi być ulokowana orkiestra. Śpiew się wzmaga i teraz każdy się do niego przyłącza, cały tłum mimowolnie kołysze się w jego rytm. Z oddali dochodzą mnie inne dźwięki, chaotyczne okrzyki:
AWD jest zagrożeniem dla wszystkich! Remedium powinno chronić, nie krzywdzić!
Przeciwnicy AWD. Muszą być zgromadzeni gdzie indziej, z dala od sceny.

Osobiście sugerowałabym kanały.

Kochani, wiem, że wcześniej pisałam o tym, jak to organizacja krytykująca porządek panujący w Oliverversum raczej nie miałaby specjalnych szans na sukces, ale fakty są takie, że Mały Brat najwyraźniej nie ma nic przeciwko panom F. i ich krucjacie na rzecz przyśpieszenia zabiegu. AWD jest powszechnie szanowane i kochane – a to z kolei oznacza, że jakakolwiek opozycja miałaby w tej rzeczywistości ciężkie życie. Jakim cudem przeciwnicy najsilniejszego politycznego zgromadzenia w tym kraju mogą ot, tak burzyć się podczas publicznej manifestacji? Dlaczego pan Heniek wespół w zespół z panią Halinką jeszcze ich nie spałowali? Co tu robi cała ta policja, która do tej pory nie miała moralnych oporów, by szczuć psami imprezujących nastolatków?

Wszyscy śpiewają i machają flagami, Thomas Fineman staje na środku sceny, by przemówić do ludu, lud wrzeszczy i nieledwie mdleje z zachwytu; nie pytajcie, jak ma się to do ich rzekomej apatii, na tym etapie musimy po prostu pogodzić się z faktem, iż autorka przestała nawet udawać, że wie, jak właściwie działa wymyślone przez nią remedium.




Dziękuję! - mówi Thomas Fineman do mikrofonu, a jego głos niesie się tubalnie ponad placem. A potem słychać pisk w mikrofonie. Fineman krzywi się, zakrywa go ręką i odchyliwszy głowę, mruczy coś do obsługi. Wszystkim zebranym ukazuje się jak na dłoni powiększona na ekranie potrójna blizna po zabiegu. Spoglądam w stronę Juliana. Stoi z założonymi na piersi rękoma za murem ochroniarzy i obserwuje ojca. Ma na sobie jedynie marynarkę, musi mu być zimno.
Dziękuję. - Thomas Fineman próbuje raz jeszcze i gdy mikrofon nie wydaje z siebie żadnych pisków, dodaje: — Teraz dużo lepiej. Drodzy przyjaciele...
I wtedy się zaczyna.


I to już wszystko na dziś. A w następnym odcinku: dowiemy się, co takiego przeszkodziło Thomasowi w dokończeniu swej myśli.

Niestety, nie jestem w stanie obiecać, że stanie się to już za tydzień – zarówno Beige, ja i ja mamy plany na nadchodzący weekend, postaram się jednak wyrobić z analizą. Jeśli mi się nie uda – widzimy się za dwa tygodnie.

Do zobaczenia!

Maryboo