— O czym ty mówisz?Lu śmieje się chrapliwie.— Chyba nie myśleliście, że to będzie trwało wiecznie? Nie myśleliście, że pozwolimy wam bez końca bawić się w ten obozik i tarzać w tym brudzie...
Cóż, biorąc pod uwagę, że owa zabawa trwa już
kilkadziesiąt lat, tego rodzaju przekonanie ze strony Odmieńców
nie byłoby niczym specjalnie dziwnym.
Dziesięć tysięcy żołnierzy, Lena. Dziesięć tysięcy wojska przeciwko tysiącu głodnych, spragnionych, opętanych chorobą i zdezorganizowanych Odmieńców. Zmiażdżą was. Zrównają z ziemią. Puf.
Mały Brat chyba naprawdę sam już nie wie, co zrobić
z tymi wszystkimi pieniędzmi, które zaoszczędził, zakręcając plebsowi ogrzewanie.
Dziesięć tysięcy?!
Po
co, na wszystko co dobre i piękne, angażować tak potężne zasoby
ludzkie?! Autorka staje się tutaj swoją własną metą, przyznając
ustami Lu, że wróg jest wprost komicznie bezbronny. Po diabła
mobilizować tylu mundurowych, zapewniać każdemu z nich stosowny
sprzęt, ogarniać logistycznie ten koszmar? Odmieńcy nie mają ani
sił, ani możliwości obrony, nie mają gdzie uciec, nie mają jak
walczyć – jedna zgrabna bomba lub kilka uroczych żółtych łodzi
podwodnych w pełni załatwiłoby sprawę. Serio – jak to właściwie
ma wyglądać od strony technicznej? Przecież tu nawet nie można
mówić o ewentualnej walce jeden na jeden, bo uzbrojony w
kałasznikow Wiesiu w parę sekund zdejmie kilku, jeśli nie
kilkunastu żebraków. Przyjmijmy, że kilkudziesięciu – no,
niechby nawet kilkuset – żołnierzy zabezpieczy teren, coby nikt
nie uciekł w głąb Zakazanego Lasu. Pytanie za sto punktów: co w
tym czasie będzie robić pozostałe kilka tysięcy żołdaków?
Urządzą sobie piknik? Będą obstawiać zakłady, ilu Odmieńców
zdoła ustrzelić Halinka w ciągu minuty?
W sumie trudno się dziwić, że Oliverversum wygląda
tak, jak wygląda, skoro Mały Brat wykorzystuje wielką armię do
pacyfikowania ludzi, których na dobrą sprawę wystarczyłoby
zostawić samych sobie, aby zagryźli się we własnym sosie. Gdzie
jest pani Jadzia i jej czołg, kiedy są naprawdę potrzebni?
Coral ostrzega Lenę, że ktoś się zbliża; okazuje
się, że to porządkowy, z którym wcześniej dyskutowała Lu.
— Przepraszam, że tyle to zajęło. Szopa była zamknięta...Urywa na nasz widok. Coral rzuca się na niego z krzykiem, ale robi to niepewnie i niezdarnie. Porządkowy odpycha ją i słyszę cichy trzask, kiedy jej głowa zderza się z kamienną kolumną portyku.
Nie! Tylko nie Coral! Oliver, ani mi się waż pozbywać
się jedynej (poza Juleczkiem) sensownej postaci w tym dziele!
Mężczyzna rzuca się na nią i bierze zamach latarką, celując w jej twarz. Coral udaje się zrobić unik, latarka roztrzaskuje się o kamienny filar i gaśnie. Zamach był zbyt mocny, przez co porządkowy traci równowagę. To daje Coral czas, by odsunąć się od filara.
Uff, wygląda na to, że Coral udało się tymczasowo
pożyczyć trochę nadludzkiej wytrzymałości od Leny.
Nawiasem
mówiąc, spójrzcie tylko, drodzy czytelnicy: to już kolejna
sytuacja, kiedy Coral – nie mając za sobą żadnego przeszkolenia,
pozbawiona broni i bez większych szans na sukces – rzuca się
walczyć z wrogiem dlatego, że uważa to za słuszne i wie, że
została wysłana na misję w konkretnym celu. Naprawdę, dlaczego to
nie ona jest protagonistką tej serii?
Lena puszcza Lu i zaczyna się kotłować z porządkowym:
Za sobą słyszę krzyk i głuche uderzenie ciała o ziemię. Boże, spraw, żeby to była Lu, nie Coral.
No proszę, cóż za zmiana frontu!
A swoją drogą...Wiem, ze Lu okazała się być
zdrajczynią i że ów fakt musiał zranić Lenę (przyjmijmy tu
roboczo, że Lu miała jakiekolwiek znaczenie dla dotychczasowej
fabuły i w jakikolwiek bądź sposób obchodziła naszą
narratorkę), ale jakby nie patrzeć, mówimy o osobie, którą panna
Haloway przez długi czas uważała niemal za członka, ekhm,
rodziny, której ufała i z którą przeżyła wiele trudnych chwil.
Biorąc to wszystko pod uwagę, nieco niepokojącym jest, z jaką
łatwością Lena zaczyna sobie życzyć śmierci byłej towarzyszki
broni.
Lena dalej siłuje się z porządkowym, aż tu wtem!
Nieoczekiwany wystrzał wywołuje wstrząs w całym moim ciele, nawet zęby mi dzwonią. Odskakuję. Porządkowy, wyjąc z bólu, zgina się wpół. Na jego prawej nodze rozprzestrzenia się ciemna plama. Mężczyzna przewraca się na plecy, trzymając za udo. Twarz ma wykrzywioną, mokrą od potu. Broń wciąż tkwi w kaburze — sama wypaliła.
Lena wyrywa wyjącemu z bólu mężczyźnie broń.
Odwracam się w mgnieniu oka. Przede mną stoi Lu, oddycha ciężko i mierzy mnie wzrokiem. Za jej plecami widzę leżącą na ziemi Coral, na boku, z głową opartą na ramieniu i podkulonymi nogami. Serce mi staje. Boże, błagam, nie pozwól, żeby umarła.
Ach, serce rośnie, gdy człowiek widzi, jak Lena
przejmuje się swoją rzekomą konkurentką! Ciekawe, kiedy jej
przejdzie.
Wtedy dostrzegam, że powieki jej drżą i jedna ręka dygocze. Dziewczyna wydaje z siebie jęk. A zatem żyje.
Ochronna tarcza SuperLeny wciąż działa!
Lu robi krok w moją stronę. Gdy unoszę broń i wymierzam ją w jej kierunku, nieruchomieje.— Hej, posłuchaj. — Jej głos jest ciepły i przyjazny. — Daj spokój. Nie rób niczego głupiego.— Dobrze wiem, co robię — odwarkuję.Jestem zdumiona, jak pewna jest moja ręka. Jestem zdumiona, że nadgarstek, palec, zaciśnięta pięść i broń należą do mnie.
Ja z kolei nie jestem zdumiona w najmniejszym nawet
stopniu.
— Pamiętasz nasz stary azyl? — mówi tym samym słodkim, przymilnym głosem. — Pamiętasz, jak Blue i ja znalazłyśmy kiedyś polanę z mnóstwem jagód?— Jak śmiesz wracać do tamtych rzeczy!? — wyrzucam z siebie ze złością. — Nie waż się mówić o Blue!Podnoszę broń. Widzę, jak się wzdryga. Jej uśmiech zamiera. To byłoby takie proste. Nacisnąć i puścić. Bang!
Hej, kochani, pamiętacie, kiedy ostatnio Lena miała
podobne przemyślenia? Gdy celowała w stronę Coral, ponieważ ta
szła przez las ubrana w bluzę Plastikowej Simorośli. Tak tylko
mówię.
Lena przysuwa lufę do policzka Lu; następuje chwila
napięcia...
Wreszcie odpycham ją od siebie. Lu upada, dysząc ciężko, jak gdybym ją dusiła.— Idź — rzucam jej. — Zabierz go — wskazuję na porządkowego, który wciąż jęczy i trzyma się za udo — i idź.Lu oblizuje nerwowo usta, jej wzrok biegnie w kierunku leżącego na ziemi mężczyzny.— Zanim zmienię zdanie — dodaję.Po tych słowach nie zastanawia się dłużej. Przykuca, zarzuca sobie na szyję rękę porządkowego i pomaga mu się podnieść. Czarna plama na jego spodniach rozpościera się od połowy uda do kolana. Łapię się na tym, że w myślach życzę mu, by się wykrwawił, zanim znajdą pomoc.— Chodźmy — szepcze do niego Lu, nie spuszczając ze mnie wzroku. Obserwuję, jak się oddalają. Mężczyzna kuśtyka, jęcząc z bólu. Gdy znikają w ciemności, oddycham z ulgą.
Leno, to...nie było najmądrzejsze zagranie. To
oczywiście bardzo miło z twojej strony, ze nie zaciukałaś Lu ani
jej towarzysza, ale tak się składa, że wypuszczając ich na
wolność najprawdopodobniej podpisałaś wyrok śmierci na siebie,
Juleczka, PŚ i kilka innych osób. Pamiętajmy o tym, że Lu
doskonale zna plany buntowników; wie, że w tym momencie część
zespołu próbuje rozwalić tamę. Wypuszczając ją na wolność,
Lena dała kobiecie możliwość skontaktowania się z innymi
porządkowymi. Czy nie można jej było przynajmniej ogłuszyć i
związać? Można by ostatecznie przyjąć, że Lena zrobiła to z
litości nad wykrwawiającym się nieborakiem, ale biorąc pod uwagę,
że w swych przemyśleniach życzy mu rychłego zgonu, jakoś wątpię,
by powodowała nią troska o bliźniego.
Lena podbiega do Coral; na szczęście supermoce wciąż
działają, więc dziewczyna jest obolała, ale może iść.
Wiem, że Lu i porządkowy wydadzą nas przy pierwszej okazji.
...Więc dlaczego, na wszystkie świętości, jej nie
powstrzymałaś? Pomiędzy zabójstwem z zimną krwią a puszczeniem
wolno jest kilka innych opcji, a ty ryzykujesz życiem nie tylko
własnym, ale też swoich tru loffów.
Wzbiera we mnie fala głębokiej nienawiści na myśl, że kilka dni temu Tack podzielił się z Lu obiadem i że miała czelność przyjąć go od niego.
Kolejna ciekawa kwestia; wychodzi na to, że albo Lu
musi być doskonałą aktorką, albo remedium nie zmienia jednak
obywateli w kompletne zombie, albo...no cóż...nasi Odmieńcy nie są
specjalnie bystrzy. Naprawdę nikt nie zauważył zmiany w zachowaniu
Lu? Tego, że stała się chodzącym manekinem? Raven i Tack, ta para
paranoików, niczego nie wyłapała?
Na szczęście udaje nam się dotrzeć do granicy, nie natykając się na żadne patrole, a tam bez trudu odnajdujemy zardzewiałe metalowe schody, prowadzące na szczyt muru, który także jest pusty. Znajdujemy się pewnie na najbardziej wysuniętym na południe krańcu miasta, blisko obozu, a straże są teraz skupione w bardziej zaludnionych częściach Waterbury.
No to jeszcze raz!
Coral chwiejnie wspina się po schodach, a ja idę za nią, na wypadek gdyby się przewróciła. Dziewczyna jednak odtrąca moją pomoc i odsuwa się, gdy próbuję ją podeprzeć.
Uwielbiam tę dziewczynę. Coral, proszę, odbij Lence
Julka i ucieknijcie razem do Kanady, gdzie Hipolit nakręci o was
wzruszający dokument z nutą komedii romantycznej.
W ciągu zaledwie kilku godzin mój szacunek do niej wzrósł dziesięciokrotnie.
Niby słusznie, ale minus sto pomnożone przez
dziesięć...
Dziewczęta wracają na teren Głuszy:
Nie wiem, czego się spodziewałam, może się bałam, że mogły już nadjechać czołgi, że znajdziemy obóz trawiony ogniem i chaosem, ale rozciąga się pod nami niezmieniony: rozległe nierówne pole spiczastych namiotów i szałasów.
Najpierw
chciałam wyśmiać Lenę, która najwyraźniej całkiem serio uważa,
że nie zauważyłaby z oddali dziesięciu tysięcy
żołnierzy, ale później
przypomniałam sobie, że w tym uniwersum ludzie materializują się
w docelowej lokacji w ciągu kilku sekund, więc może coś w tym
jest.
— Jak myślisz, ile nam zostało czasu? — pyta Coral. Nie musi wyjaśniać, że chodzi jej o to, kiedy pojawi się wojsko.
...tak, to było raczej oczywiste. O co innego, na
litość, miałaby pytać? Długość trwania promocji w lokalnym
dyskoncie?
W milczeniu obchodzimy obóz bokiem - to i tak będzie szybsze niż próba przeciskania się przez labirynt ludzi i namiotów. Rzeka jest wciąż sucha. Najwyraźniej plan nie wypalił. Grupie Raven nie udało się zniszczyć tamy - chociaż teraz to i tak już bez znaczenia.
Czy ja wiem? Porządkowi najwyraźniej boją się wody,
biorąc pod uwagę, że przestali ścigać naszych, gdy ci dobiegli
do rzeczki – może na mundurowych też by zadziałało?
Wszyscy ci ludzie... spragnieni, wykończeni, słabi. Łatwiej ich będzie otoczyć. I zabić.
Ale Mały Brat nie lubi grać na najłatwiejszym
poziomie, w związku z czym celowo skomplikował całą akcję tak
bardzo, jak to tylko możliwe. Cóż za ambicja!
Zanim docieramy do obozu Pippy, gardło mam tak wyschnięte, że z trudem przełykam ślinę. Gdy Julian biegnie w moją stronę, przez chwilę nie rozpoznaję jego twarzy, jest dla mnie tylko zbiorem przypadkowych kształtów i cieni. Za jego plecami widzę, że Alex odwraca się od ognia.
Mój losie, trudno chyba o piękniejszą metaforę dla
tego trójkąta. Oliver, czy ty to robisz celowo?
Napotyka moje spojrzenie i rusza w moją stronę. Otwiera usta i wyciąga ramiona. Wszystko wokół zastyga i wiem, że mi przebaczył, więc i ja wyciągam do niego ręce...— Lena! — Julian porywa mnie w ramiona, a ja przyciskam policzek do jego piersi. Alex pewnie szedł przywitać się z Coral. Słyszę, jak coś do niej mruczy, i gdy odsuwam się od Juliana, widzę, że prowadzi ją do jednego z ognisk. Byłam taka pewna, przez tę jedną chwilę, że chciał objąć mnie.
Biedny, biedny, biedny Julian. Czy Jadzia i Hipolit mogą
go w końcu adoptować?
— Co się stało? — pyta Julian, ujmując w dłonie moją twarz i pochylając się, by móc mi spojrzeć w oczy. — Bram powiedział nam...— Gdzie jest Raven? — przerywam mu.— Tu jestem. — Dziewczyna wyłania się z ciemności i nagle zewsząd otaczają mnie nasi: Bram, Hunter, Tack i Pippa, wszyscy mówią naraz, zasypują mnie pytaniami.
Brakuje nam ostatniej niemowy, która przetrwała
dotychczasowe Igrzyska Statystów, czyli Dani. Czy Dani przeżyła?
Nie, żeby szczególnie mnie to obchodziło, pytam dla kronikarskiej
dokładności.
Buntownicy, widząc kiepski stan dziewczyn, chcą
wiedzieć, czy wszystko z nimi w porządku, ale Lena zaczyna wyrzucać
z siebie ostrzeżenia, że muszą natychmiast uciekać. Robi to
jednak dosyć chaotycznie, wobec czego Pippa i Raven proszą ją,
żeby się uspokoiła i zaczęła opowieść od początku.
— Myśleliśmy, że już po was — stwierdza Tack. Widzę, że jest nakręcony, niespokojny. Tak jak i wszyscy. Cała grupa wibruje złą energią. — Po zasadzce...— Zasadzce? — Nie pozwalam mu dokończyć. — Co to znaczy: po zasadzce?— Nie dotarliśmy do tamy — oznajmia Raven. — Misja Aleksa i Bestii powiodła się. Natomiast gdy my byliśmy dwa metry od muru, zobaczyliśmy oddział porządkowych. Wyglądało to tak, jakby na nas czekali. Byłoby po nas, gdyby Julian ich nie zauważył i w porę nas nie ostrzegł.
O, spójrzcie, Julian po raz kolejny okazał się być
jedyną w miarę kompetentną osobą w tym gronie. Ciekawe, jakiego
zabiegu użyje autorka, aby odebrać mu chwilę zasłużonej chwały.
Alex dołączył do grupy. Coral niezdarnie wstaje, jej usta tworzą cienką, ciemną linię. Jeszcze nigdy nie wyglądała tak pięknie. Serce ściska mi się w piersi. Trudno się dziwić, że Alex tak ją lubi. Może nawet kocha.
Leno, zaklinam cię. Czy chociaż raz – jeden, jedyny
raz – mogłabyś poświęcić minimum uwagi swemu chłopakowi?
Naprawdę, dlaczego Oliver to robi? Wiem, że jeden z
tru loffów w powieściach YA zawsze dostaje fory od swej stwórczyni,
ale nawet Meyer nie była tak bezczelna w faworyzowaniu swego
ulubieńca – gdy Pedowolf wykazał się jakimś godnym podziwu
czynem, nie odbierała mu chwały w tym samym akapicie (robiła to
trzy akapity dalej). Tymczasem na tym etapie „Requiem” trzeba być
naprawdę potężnie zaślepioną fanką Finemana, aby wierzyć, że
pełni on jakąkolwiek funkcję poza podkreślaniem poprzez swoje
istnienie cudowności ukochanej pacynki Oliver. Co jest o tyle
zabawne, że Julian niejednokrotnie wykazał się w tej książce
pomysłowością, zaradnością i odwagą, podczas gdy
PŚ...cóż...dąsa się gdzieś w tle, potrząsając złotymi
lokami.
— Po wykonaniu zadania szybko wróciliśmy do obozu — dodaje Pippa. — Potem pojawił się Bram. Zastanawialiśmy się, czy mamy po was...— A gdzie Dani? — Dopiero teraz zauważam, że nie ma jej pośród nich.— Nie żyje — odpowiada Raven, unikając mojego spojrzenia.
Ha!
A więc jednak! Cóż, to nieco ułatwia sprawę; jeżeli to kogoś
ciekawi, obecnie na arenie zostały tylko te pacynki, które na
przestrzeni trylogii wypowiedziały przynajmniej jedno zdanie:
- Lena
- Julian
- Plastikowa Simorośl
- Raven
- Tack
- Bram
- Hunter
- Coral
Aha, nadal oficjalnie nie wiemy, co z Gordo, ale
podejrzewam, że jednak możemy położyć na nim kreskę. Być może
to marne pocieszenie, ale przynajmniej może pochwalić się
najśmieszniejszym opuszczeniem sceny ze wszystkich bohaterów:
zgubił się na śmierć pomiędzy namiotami żebraków.
— A Lu została schwytana. Szły z przodu, nie mieliśmy jak ich ostrzec. Przykro mi, Lena — kończy miękkim głosem i znowu podnosi na mnie wzrok.
Dlaczego Raven jest tak niesamowicie delikatna w
stosunku do Leny? Mówimy o postaci, która beznamiętnie oznajmiła
naszej protagonistce, że facet, w którym się zakochała, lada
dzień zostanie stracony; skąd to nagłe cackanie się z uczuciami
dziewczyny? Czy Lena i Lu/Dani w ogóle zamieniły ze sobą bodaj pół
zdania na przestrzeni całej trylogii?
Lena oznajmia towarzyszom broni, że Lu nie tylko wcale
nie zginęła, ale w dodatku wbiła im wszystkim nóż w plecy:
Następuje chwila ciszy. Raven i Tack wymieniają spojrzenia. Wreszcie odzywa się Alex:— O czym ty mówisz?Pierwszy raz zwraca się bezpośrednio do mnie od tamtej nocy nad strumieniem, po tym, gdy porządkowi spalili nasz obóz.
Autorko, dam ci pewną radę: jeżeli chcesz mnie
przekonać, że to pierwszy z tru loffów jest tą właściwą opcją,
nie podkreślaj przy każdej chwili, jaka z niego humorzasta
primadonna.
Lena tłumaczy zgromadzonym, że Lu została wyleczona.
— To niemożliwe — odzywa się Hunter. — Byłem z nią... poszliśmy razem do Marylandu...— To niczego nie wyklucza — mówi powoli Raven. — Opowiadała mi, że na chwilę oddzieliła się od grupy, spędziła trochę czasu, wędrując między osadami.— Zniknęła tylko na parę tygodni. — Hunter spogląda na Brama, szukając u niego potwierdzenia. Bram kiwa głową.
Panie i panowie: bojownicy o wolność, jedyna nadzieja
na obalenie Małego Brata.
— Więcej nie trzeba — stwierdza Julian cicho. Alex piorunuje go wzrokiem. Ale Julian ma rację: więcej nie trzeba.
Nie no, to być nie może! Lena stanęła po stronie
Julka w jakiejkolwiek kwestii?! Aha, PŚ, idź być Drama Lamą gdzie
indziej.
— Prowadzą tutaj wojsko. — Gdy wyrzucam to z siebie, czuję się, jak gdybym dostała cios w brzuch. Znowu chwila ciszy.— Jak liczne? — pyta Pippa.— Dziesięć tysięcy. — Ledwo mogę wypowiedzieć te słowa. Słychać, jak wszyscy wokół gwałtownie biorą oddech.
Serio: co za różnica? W waszym przypadku nawet setka
porządkowych z karabinami równa się kompletnej maskarze.
— Kiedy?— Za niecałą dobę.— Jeśli mówiła prawdę — podkreśla Bram.
Niestety, najprawdopodobniej mówiła; złole w YA
bardzo lubią dawać pozytywnym bohaterom stosowny zapas czasu na
przygotowania — niesportowo byłoby atakować z zaskoczenia.
Pippa przesuwa ręką po włosach.— Nie wierzę — mówi, ale dodaje niemal natychmiast: — Bałam się, że może dojść do czegoś takiego.
Panie i panowie: Ruch Oporu, najlepsi z najlepszych, gdy
chodzi o obalanie mrocznej dyktatury.
Hunter wyzywa Lu od pań lekkich obyczajów i grozi jej
śmiercią, Raven pyta Pippę, jaki jest plan.
— Raven, ty i Tack poprowadzicie swoją grupę do schronu niedaleko Hartford. Summer powiedziała mi, jak się tam dostać. Kilka osób z ruchu oporu ma tam być za parę dni. Przeczekacie wszystko tam.
„Przeczekacie”? Pippa, słonko, przeczekać można
przelotne odpady; po wizycie pani Jadzi raczej nie będzie czego
zbierać.
Pippa oznajmia, że zostanie na miejscu i „zrobi, co
będzie mogła”. Odpowiedź ta nie spotyka się ze zrozumieniem
reszty, kobieta precyzuje jednak, że nie zamierza walczyć; chce
tylko ostrzec jak najwięcej osób, by każdy, kto jest w stanie,
mógł się ewakuować z Piekielnego Obozowiska. Coral zwraca uwagę,
że wojsko już u bram, więc czasu w zasadzie brak, ale Pippa twardo
obstaje przy swoim.
— Nie zostawimy cię — upiera się Bestia. — Zostaniemy tu i pomożemy ci.— Zrobisz, co ci każę — mówi Pippa, nie odwracając się w jego stronę. Przykuca i zaczyna wyciągać spod ławki koce. — Pójdziecie do schronu i zaczekacie tam na naszych ludzi.— Nie — odpowiada Bestia. — Nie pójdę.Ich spojrzenia się spotykają. Toczy się między nimi jakiś niemy dialog i w końcu Pippa kiwa głową.
— Okej. Ale reszta ma się zmyć.
Uff, już się bałam, że wcisną nam na pokład
kolejną niemowę.
— Pippa... — Raven zaczyna protestować. Pippa się prostuje.— Bez dyskusji — oznajmia ostro. Teraz już wiem, gdzie Raven nauczyła się swojej zaciętości, sposobu przewodzenia ludźmi. — Coral ma rację co do jednego — mówi teraz już cichym głosem. — Właściwie nie mamy czasu. Oczekuję, że wyniesiecie się w ciągu dwudziestu minut.
Ech, pomyślcie, o ile ciekawsze mogłoby być ostatnie
kilka rozdziałów, gdyby Pippa wykazała się podobną zawziętością
przy pierwszym spotkaniu z naszymi nieudacznikami.
— Raven, bierz wszystko, czego ci trzeba. Do schronu jest dzień drogi, może wam to zająć trochę więcej, jeśli będziecie musieli obejść wojska. Tack, chodź ze mną. Przygotuję ci mapę.
Nie ma sensu, oni nie potrafią ich odczytać. No,
oprócz Julka, więc jeżeli ktoś miałby tu dzierżyć mapkę, to
raczej on.
Nasi buntownicy szybko zbierają swoje nieliczne zapasy
i wyruszają w drogę.
Rzucam spojrzenie za siebie, na obóz, na morze wijących się cieni — ludzi nieświadomych, że ciągną na nich bomby, wojsko i broń.
Biorąc pod uwagę, w jakich warunkach żyje większość
z nich, całkiem możliwe, że uznają wizytę Jadzi za
błogosławieństwo.
Raven po raz ostatni błaga Pippę, by szła z nimi; ta
odmawia i oznajmia, że spotkają się w schronie, ale jeżeli nie
dotrze tam w ciągu trzech dni, mają ruszać w dalszą drogę bez
niej. Lena podkreśla, że w jej oczach widać rezygnację kogoś,
kto szykuje się na swój koniec.
Zostawiamy za sobą stojącą w ciemności Pippę i pulsujące trzewia obozu, podczas gdy niebo zaczyna się żarzyć na horyzoncie i ze wszystkich stron nadciąga wojsko.
I to już wszystko na dziś. A w następnym odcinku:
Hana bawi się w detektywa.
Zostańcie z nami!
Maryboo


