niedziela, 12 listopada 2017

Rozdział VII



Ze wszystkich systemów ludzkiego ciała – neurologicznego, poznawczego, odpornościowego i sensorycznego – system sercowo-naczyniowy jest najwrażliwszy i najbardziej podatny na negatywne bodźce. Rolą społeczeństwa powinno być chronienie go przed infekcjami i rozkładem, w przeciwnym razie przyszłość rodzaju ludzkiego stanie pod znakiem zapytania. Tak jak dzięki nowoczesnemu rolnictwu chronimy owoce przed insektami, uszkodzeniami i gniciem, tak podobną ochroną musimy objąć serce.”

Znaczenie i obowiązki społeczeństwa, [w:] Księga SZZ

Brzmi to wszystko bardzo mądrze, cóż jednak z tego, skoro większość z was w praktyce reaguje na kwestie uczuciowe niczym Kali na złe Mzimu i uważa cały koncept zakochiwania się za jakieś czarnomagiczne praktyki.

Dostałam imię po Marii Magdalenie, która o mało nie umarła z miłości. „Oto zarażona delirią, naruszając prawa społeczne, zakochiwała się w mężczyznach, którzy nie chcieli lub nie mogli jej mieć” (Lamentacje, Księga Marii, 13, 1).

...Ale...że co?

Uczyliśmy się o tym na naukach biblijnych. Najpierw był Jan, potem Mateusz, potem Jeremiasz, Piotr i Juda, a w międzyczasie wielu innych mężczyzn nieznanych nam z imienia. Największą jej miłością, jak powiadają, był ten ostatni: mężczyzna o imieniu Józef, żyjący samotnie, który znalazł ją na ulicy, posiniaczoną, bez woli życia, bliską obłędu na skutek delirii. Nadal dyskutuje się o tym, jakim mężczyzną był Józef – czy był człowiekiem prawym czy nie, czy kiedykolwiek uległ chorobie – lecz w każdym razie dobrze się nią zajął.

...Oliver, wstrzymaj konie, co ty...

Uleczył jej ciało i starał się przywrócić jej spokój ducha. Niestety dla Marii Magdaleny było już za późno. Nie potrafiła zapomnieć o przeszłości, dręczona przez dawne miłości, wyniszczona przez całe zło, które wyrządziła innym i które wyrządzono jej. Nie mogła jeść, płakała całymi dniami, przylgnęła do Józefa i błagała go, by nigdy jej nie opuścił, choć jego dobroć nie dawała jej ukojenia. Gdy pewnego ranka obudziła się, Józefa już nie było – zniknął bez pożegnania, bez słowa wyjaśnienia. To porzucenie złamało ją ostatecznie. Upadła na ziemię, błagając Boga, by uwolnił ją od cierpienia. Bóg usłyszał jej błaganie i w swoim nieskończonym miłosierdziu uwolnił ją od przekleństwa delirii, które ciążyło nad całym rodzajem ludzkim jako kara za grzech pierworodny Adama i Ewy. Na swój sposób Maria Magdalena była więc pierwszą wyleczoną. I tak oto, po latach cierpień i bólu, chodziła odtąd w prawości i spokoju aż do końca dni swoich (Lamentacje, Księga Marii, 13, 1).

...Ojej.

No dobrze. Po kolei.

Zacznijmy od kwestii technicznej: Oliver, czy jest jakiś szczególny powód, dla którego nadałaś swym wymyślonym fragmentom Pisma nazwę pochodzącą od faktycznej księgi Starego Testamentu, dotyczącej klęski królestwa judzkiego w okresie najazdu Babilończyków? Bo tak jakby...Nie do końca składa się to w całość.

Pomijając ów szczegół...No, dobrze. Na moje oko, autorka postanowiła tu twórczo przepisać łamane przez rozwinąć fragment ewangelii wg św. Łukasza: „Następnie wędrował przez miasta i wsie, nauczając i głosząc Ewangelię o królestwie Bożym. A było z Nim Dwunastu oraz kilka kobiet, które uwolnił od złych duchów i od słabości: Maria, zwana Magdaleną, którą opuściło siedem złych duchów; Joanna, żona Chuzy, zarządcy u Heroda; Zuzanna i wiele innych, które im usługiwały ze swego mienia.” (Łk 8, 1-3). Wprawdzie patrząc na listę potencjalnych kochanków zaczynamy cokolwiek podróżować w czasie – cztery z pięciu opcji wskazywałyby na apostołów, gdyby na listę podstępnie nie wkradł nam się Jeremiasz, notabene autor rzeczywistych Lamentacji (czyżby mrugnięcie do czytelnika? No proszę, autorko, nie podejrzewałam cię o podobną subtelność), a w przypadku Józefa pozostaje nam tylko gdybać, czy przeskoczyliśmy do XVII w. przed Chrystusem, czy też Maria Magdalena odebrała męża Maryi – ale ów czasoprzestrzenny galimatias nie jest bynajmniej największym problemem owej idei.

Jest nim fakt, iż sam pomysł przepisania Pisma Świętego w ten sposób jest absolutnie pozbawiony sensu.

Oliver, jak to właściwie ma działać w praktyce? O ile cytat powyżej i czekający nas w przyszłości Bardzo Symboliczny Wątek dało się jeszcze twórczo przerobić po myśli partii, nie bardzo sobie wyobrażam, jak można by ugryźć chociażby taką Dobrą Nowinę, kwestie przebaczenia, miłości bliźniego i nadziei. Jak przedstawić postać Chrystusa tak, żeby nie wpakować się na minę? Spójrzcie chociażby na owe nieszczęsne Lamentacje 2.0 – skoro owa nazwa została wykorzystana dla zupełnie nowych treści, co stało się z rzeczywistymi Lamentacjami? Zostały kompletnie wycięte? Nadal są częścią księgi? Zyskały zupełnie nowy tytuł? Naprawdę, umiejętne przepisanie tego wszystkiego tak, żeby pasowało do ideologii Nowego, Wspaniałego Świata i miało jakąkolwiek spójność wymagałoby sporo talentu i wysiłku.

Byłby to też kawał dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty.

Sześćdziesiąt cztery lata. Tyle,zdaniem autorki, minęło czasu od wprowadzenia reżimu Małego Brata. SZEŚĆDZIESIĄT. CZTERY. LATA. Oznacza to, że spora część pierwszego pokolenia, które zostało poddane obowiązkowemu zabiegowi, nadal może być na chodzie. I szczerze wątpię, by 99% z nich miało Alzheimera.

Oliver, wiesz, co najprawdopodobniej wydarzyłoby się, gdyby nagle na scenie pojawił się Mały Brat i ni z tego, ni z owego zawołał: „Towarzysze, od dziś tak wygląda jedyna słuszna wersja Biblii, cała reszta precz do kosza” - zwłaszcza, gdyby owa nowa wersja była po prostu dosyć głupawym przepisaniem oryginału?
Obywatele zaczęliby chomikować wszystkie autentyczne egzemplarze Biblii i modlitewników – a może i wkuwać całe strony na pamięć. I tuszę, nie dotyczyłoby to wyłącznie osób głęboko wierzących, nie o samą wiarę musiałoby się tu bowiem nawet rozchodzić; ludzie nie bardzo lubią, gdy próbuje im się gwałtem odebrać dziedzictwa kultury i historii. Z czystego oburzenia na podobne praktyki i chęci postawienia się tyranii buntownicy przekazaliby swemu potomstwu, jak wyglądała oryginalna treść Pisma. W Oliverversum nadal żyją ludzie, z których jakaś część modliła się według starego obrządku; naprawdę uważasz, autorko, że żadna babcia nie uczyłaby po kryjomu swojej wnusi, jak wygląda pacierz?
Zwłaszcza że Mały Brat sam elegancko się podkłada, poddając Biblię wyłącznie technicznej przeróbce, ale zostawiając samą religię (jak przynajmniej wynikałoby z owego fragmentu, ale o tym za chwileczkę) w zasadzie w stanie nienaruszonym; jest bowiem jedną rzeczą kompletne wyrugowanie wiary z kraju i skazanie osób wierzących na ciężkie więzienie (jak to miało miejsce np. w Korei Północnej), inną zaś – nieustanne machanie obywatelom przed nosem przypomnieniem, że w imię własnego widzimisię przepisało się święte księgi.

...A skoro już o przepisaniu mowa.

Załóżmy, że wszystko faktycznie zadziałało tak, jak pragnęłaby tego autorka; ludzkość magicznym sposobem zapomniała, jak wyglądała autentyczna Biblia, wszyscy grzecznie kupują nową wersję i kiwają z przerażeniem głową nad zawartymi w niej treściami ukazującymi zgubne skutki delirii.

Oliver? Jak COKOLWIEK z owej Biblii po tuningu ma się do tego, jak rzekomo powinna wyglądać religia w twoim uniwersum?

Kochani, jeśli uważacie, że sam pomysł widocznego powyżej fałszerstwa miałby średnie zastosowanie w praktyce, poczekajcie tylko, aż dojedziemy do następnego odcinka, w którym po raz pierwszy ujrzymy modlitwę stworzoną specjalnie na potrzeby dystopii Małego Brata. Przepisanie całego Pisma według własnego pomyślunku było karkołomne samo w sobie, ale stanie się kompletnie idiotyczne, gdy zobaczymy, jak w praktyce wygląda wiara w Oliverversum. Powiedzieć, że absolutnie nic nie będzie się dłużej trzymać kupy, to powiedzieć autorce komplement.

...Wiecie co? Chyba zaczynam tęsknić za Cass z jej „I wtedy król odmówił modlitwę w nieznanym obrządku. Koniec”.

Zawsze zastanawiało mnie, dlaczego mama dała mi na imię Magdalena. Przecież nawet nie wierzyła w remedium – na tym polegał jej problem – a całe Lamentacje dotyczą właśnie niebezpieczeństw delirii. Wiele na ten temat myślałam i doszłam do wniosku, że mimo wszystko mama wiedziała, że coś było z nią nie tak i że remedium służy naszemu dobru. Myślę, że już wtedy wiedziała, co zrobi, wiedziała, co się stanie.

Sorry, Rachel, wiesz, jak jest; jesteś tylko starszą siostrą Mary Sue, Znaczące Imię przysługuje wyłącznie jednej z was, ale hej! Zgodnie z waszą wersją religii, przynajmniej zostałaś nazwana na cześć matki jednej z potencjalnych wersji ukochanego kobiety, po której imię otrzyma Lena – to zawsze coś, prawda?

Przypuszczam, że moje imię było poniekąd ostatnim prezentem dla mnie. Było przesłaniem. Myślę, że chciała w ten sposób powiedzieć: „wybacz mi”. Myślę, że chciała rzec: „pewnego dnia nawet ten ból zniknie”.
Widzicie? Cokolwiek mówią inni, ja i tak wiem, że nie była taka zła.

A może po prostu chciała prześcignąć Shaloma Singera w konkursie na Najbardziej Symboliczne Imię Dla Potomstwa.


Przeskok do właściwej akcji!


Nadchodzi czerwiec i ostatni rok szkolny w życiu Leny nieuchronnie zbliża się do końca; perspektywa rychłego opuszczenia liceum w połączeniu z piękną pogodą skłania nastolatków do organizowania licznych imprez.

Hana jest zapraszana na wszystkie. Ja, ku swojemu zaskoczeniu, na większość z nich. Harlowe Davis – która podobnie jak Hana mieszka na West Endzie i której ojciec pracuje w instytucji rządowej – zaprosiła mnie do siebie na „niezobowiązującą imprezę pożegnalną”. Nawet nie sądziłam, że wie, jak mam na imię, zawsze gdy rozmawia z Haną, jej oczy przebiegają po mnie szybko, jak gdybym nawet nie była warta tego, by zatrzymać na mnie wzrok.

Dlaczego? Nie pytam złośliwie, jestem naprawdę ciekawa. Czy owo społeczne wykluczenie Leny jest związane z niewesołą historią jej rodziny? Miałoby to sens i było ożywczą alternatywą dla typowego dla literatury YA wątku Specjalnego Płatka Śniegu, który nie posiada żadnych znajomych (poza potencjalnym tru loffem), albowiem jego unikalność nie pozwala mu na nawiązanie jakichkolwiek więzi z otaczającym go plebsem (Bello, Amisiu, Edziu, pozdrawiamy!).

Lena bardzo cieszy się z zaproszenia, między innymi dlatego, że będzie mogła obejrzeć wypasioną chałupę koleżanki; rodzina Harlowe nie tylko może sobie pozwolić na używanie mnóstwa sprzętów elektronicznych, ale w dodatku mają samochód, który nie został przemianowany na krasnala ogrodowego.

Harlowe zaprosiła większość klasy maturalnej – jest nas ogółem sześćdziesiąt siedem dziewczyn, z czego na imprezie pewnie pięćdziesiąt – przez co czuję się mniej wyróżniona, a jednak zabawa jest przednia.

...Oliver, a tak ci dobrze szło. Naprawdę musiałaś wstawić zdanie, które sugeruje, że największym zmartwieniem Leny tak naprawdę jest to, że nie jest równie popularna, jak jej psiapsióła? A przecież to byłaby idealna okazja, by pokazać, że nasza bohaterka jest przeszczęśliwa, bowiem nie znalazła się w owej odrzuconej siedemnastce – czego od początku się spodziewała, wiedząc z doświadczenia, że rodzice jej koleżanek z klasy nie chcą, by ich pociechy zapraszały do domu „takie” dziecko. Skoro już postanowiłaś, że najwyższą możliwą karą dla familii Leny są potępiające spojrzenia sąsiadów, to może przynajmniej zadbaj o to, by twoja pacynka faktycznie odczuwała skutki nieustannego bycia na językach?

Lena pokrótce streszcza nam przebieg imprezy; był grill, mnóstwo żarcia i byczenie się na trawie w ogrodzie aż do godziny policyjnej.

Nawet dziewczyny, za którymi nie przepadam – jak Shelly Pierson, która nienawidzi mnie od szóstej klasy, kiedy wygrałam konkurs naukowy, a ona zajęła drugie miejsce – zaczęły być dla mnie miłe. To pewnie dlatego, że już tak blisko końca.

„Nawet dziewczyny, za którymi nie przepadam – jak Shelly Pierson, która w pierwszej klasie poprosiła nauczycielkę wychowania fizycznego, by nie kazała jej ćwiczyć ze mną w parze „bo jej babcia powiedziała, że ma się nie zbliżać do tej małej Haloway, bo jeszcze się zarazi” i która ostatecznie przestała się do mnie odzywać w szóstej klasie, kiedy wygrałam konkurs naukowy, a ona zajęła drugie miejsce – zaczęły być dla mnie miłe. To pewnie dlatego, że już tak blisko końca.”

Nie ma za co.

Większość z nas nie zobaczy się po rozdaniu dyplomów, a nawet jeśli, wszystko wtedy będzie inaczej. My będziemy inne. Będziemy dorosłe, wyleczone, opisane, oznakowane, sparowane i umieszczone na naszych życiowych ścieżkach jak szklane kulki spuszczone w dół po równiutkim torze.

No dobrze, ale... jak właściwie ma się to do Leny? Rozumiem wieloletnie przyjaciółki urządzające piżama party co drugą noc, starające się maksymalnie nacieszyć swoim towarzystwem, zanim ich drogi się rozejdą; dlaczego jednak ów gejzer uczuć nagle obejmuje też naszą heroinę? Lena sama stwierdza, że poza Haną nie ma żadnej bliskiej znajomej (a jeśli przyjmiemy za dobrą monetę moją teorię, jest to raczej zrozumiałe) – po co zatem nagle zapraszać niespecjalnie lubianą dziewczynę na imprezy, skoro tak czy inaczej za kilkanaście dni stanie się nam obojętna niczym zeszłoroczny śnieg?

Teresa Grass skończyła osiemnaście lat przed końcem roku szkolnego i już jest po zabiegu, tak samo Morgan Dell. Przez kilka dni nie było ich w szkole, wróciły tuż przed rozdaniem dyplomów. Zmiana jest wstrząsająca. Wydają się teraz spokojne, dojrzałe i w jakiś sposób odległe, jak zamknięte w cienkiej warstwie lodu.

Szczerze wątpię, aby Teresa i Morgan żywiły namiętne uczucia do wszystkich koleżanek z klasy, całego grona pedagogicznego, pań woźnych i ochroniarza Zdzisia, w związku z tym wytłumaczenie tego fenomenu może być tylko jedno: Oliver właśnie zaczyna się gubić w swoim kanonie.

Kochani, pamiętacie, jak ostrzegałyśmy, że nie mamy bladego pojęcia, jak właściwie działa remedium i które dokładnie obszary ludzkiego życia zostają przez nie wyłączone? Cóż, to właśnie akapity takie jak ten są przyczyną naszej konfuzji. Poprzednie sześć rozdziałów wmawiało nam, że remedium to uniwersalny lek na miłość; po jego zażyciu w człowieku wyłącza się umiejętność pałania do innych uczuciem.

Jestem stuprocentowo pewna, że nie kocham moich kolegów z pracy; nie przeszkadza mi to jednak w odczuwaniu radości z przebywania z nimi, wspólnych żartach i imprezach. Sympatia czy podobne poczucie humoru to jeszcze nie miłość. Z powyższego akapitu wynika jednak, że remedium nie ogranicza się bynajmniej do niszczenia u człowieka umiejętności kochania innych ludzi; ono morduje w tobie absolutnie wszystkie cieplejsze odruchy. A w obliczu powyższej teorii muszę się spytać:

Oliver? Czy możesz mi wytłumaczyć, jaki jest sens powyższego rozwiązania?

Naprawdę, gdybym była Małym Bratem, musiałabym się mocno napocić, aby wymyślić jeszcze głupszy, bardziej niepraktyczny plan zniewolenia ludu. Rząd zmusza obywateli, by w wieku osiemnastu lat pozbywali się współczucia, radości życia, empatii, ciepła, miłości... jednocześnie nie robiąc nic, by zniwelować te z emocji, które mogą łatwo doprowadzić do kradzieży, zabójstwa czy – he, he – rewolucji. Jeśli bowiem nie jesteś w stanie odczuwać współczucia czy żalu, ale nie masz najmniejszych problemów z wściekłością lub obrazą... co w zasadzie powstrzymuje cię od wymordowania wszystkich, którzy cię wkurzają?

Remedium faktycznie powinno tworzyć dystopię idealną; problem w tym, że trwałaby ona mniej więcej dwa – trzy lata, po którym to czasie ludzie pożarliby się żywcem. Oliver, to bardzo miło, że wierzysz w rozsądek i dobre maniery homo sapiens, ale obawiam się, że jeżeli zabierzesz człowiekowi radość płynącą ze zbierania znaczków i w zamian pozostawisz jedynie fantazję o uduszeniu grubiańskiego szefa, nawet najlepsza propaganda i najostrzejszy aparat bezpieczeństwa nie zdoła zapanować nad chaosem, który wkrótce ogarnie cały kraj.

Aha, gdybyście się zastanawiali – oczywiście, że wyleczeni nie zmieniają się w bandę kierujących się instynktem zwierząt; zgodnie z wizją autorki prowadzą nudne, spokojne, uporządkowane życie dzielące się na szarą rzeczywistość i te nieliczne chwile, kiedy ich serca zaczynają bić mocniej na skutek ogarniającej ich kurwicy. Szczęśliwie Imperatyw z Rzyci bardzo dba o to, by opcja b) włączała się wyłącznie w dogodnych dla fabuły momentach.

Jeszcze dwa tygodnie temu Teresę przezywano Tereska-Groteska i wszyscy nabijali się z niej, ponieważ wiecznie chodziła przygarbiona, ssała końce włosów i w ogóle była kompletną ofermą. Teraz zaś trzyma się prosto, wzrok kieruje wprost przed siebie, uśmiecha się uprzejmie i wszyscy na korytarzu usuwają się jej z drogi. To samo z Morgan. Tak jakby cała jej lękliwość i niepewność zniknęły po zabiegu. Nawet nogi przestały jej drżeć. Zawsze gdy musiała coś powiedzieć na forum klasy, trzęsły się tak strasznie, że aż kołysała się ławka. Ale po zabiegu – ta-dam! – drżenie ustąpiło.

Oliver, nie. Nie kupuję tego. Po prostu nie. Teresa i Morgan były zahukane, a ta druga w dodatku bała się wystąpień publicznych; nie ma żadnego powodu, by remedium miało wpłynąć na którąkolwiek z tych rzeczy. Zrozumiałabym jeszcze, gdyby np. ich brak pewności siebie związany był z brakiem powodzenia w kręgach towarzyskich (skoro remedium najwyraźniej morduje wszelaką tęsknotę za jakimikolwiek bądź relacjami międzyludzkimi), na którym to powodzeniu przestało im zależeć po zabiegu... Ale z powyższego akapitu wynika, że taka była po prostu ich natura. Ten problem dałoby się łatwo obejść, gdyby remedium wyłączało wszystkie emocje jak leci; skoro jednak zamrażane są wyłącznie wszelakie pochodne miłości, to Teresa i Morgan powinny jak dla mnie wpaść po zabiegu w totalną psychozę – z jednej strony odczuwając znane im wstyd i brak pewności siebie (jak przekonamy się w przyszłości, remedium dosyć skutecznie morduje wyrzuty sumienia, ale nie wyłącza zwykłego zażenowania związanego np. z towarzyską gafą), a z drugiej nie mogąc nawet pokrzepić się jakąkolwiek pozytywną myślą.


Lena niecierpliwie odlicza dni do swojego zabiegu; zostało ich już tylko siedemdziesiąt dziewięć.

Willow Marks nie wróciła już do szkoły. Dochodzą do nas rozmaite plotki: że miała zabieg i wszystko skończyło się dobrze; że miała zabieg, ale coś w jej mózgu się przepaliło i mają ją umieścić w Kryptach, gdzie znajduje się więzienie i szpital psychiatryczny; że uciekła do Głuszy. Jedna rzecz jest pewna: cała rodzina Marksów jest teraz pod stałą obserwacją.

Cóż, skoro cała rodzina Marksów znajduje się pod obserwacją, to myślę, że opcję „wszystko skończyło się dobrze” można spokojnie usunąć z listy potencjalnych alternatyw.

Porządkowi obwiniają rodziców Willow – i całą jej dalszą rodzinę – za to, że nie wpoili jej odpowiednich zasad. Zaledwie kilka dni po tym jak podobno znaleziono ją w Deering Oaks Park, podsłuchałam, jak ciocia i wujek szeptali, że oboje rodzice Willow zostali zwolnieni z pracy. Tydzień później usłyszałam, że musieli się wprowadzić do jakiegoś dalekiego krewnego.

O, w mordę jeża; wygląda na to, że rodzina Leny jednak nie miała aż tak przegwizdane. Spójrzcie tylko na biednych Marksów, znajdujących się pod obserwacją Wielkiego Brata i podejrzewanych o zdradę stanu przez wychowanie dziecka na wykolejeńca; plotki pani Jadzi w ich przypadku były tak dotkliwe, że musieli aż wystawić swoje M4 na sprzedaż i udać się z wizytą do rodziny!

...Oliver, ty naprawdę nie rozumiesz, jakie byłyby rzeczywiste konsekwencje bycia wrogiem systemu, prawda?

Ludzie powybijali im okna kamieniami, a na domu wypisano jedno słowo: SYMPATYCY. To absurdalne oskarżenie, ponieważ to właśnie rodzice Willow nalegali na jej wcześniejszy zabieg, mimo ryzyka, jakie z sobą niósł, ale ciocia mówi, że właśnie tak reagują ludzie, kiedy się boją.

A tak, kolejne uczucie, którego remedium nie jest w stanie zniwelować: dogłębny, prowadzący do impulsywnych, irracjonalnych czynów strach. Naprawdę, chciałabym poznać proces myślowy Małego Brata, gdy decydował się na przejęcie władzy nad światem za pomocną maszyny robiącej Ping!, która wyłącza wszystkie emocje poza tymi prowadzącymi w prostej linii do samosądu.

Wszyscy są przerażeni, że pewnego dnia deliria rozprzestrzeni się po mieście na większą skalę. Każdy chce zapobiec epidemii.

Oliver, jesteśmy na siódmym rozdziale. Dłużej tak się nie da; musisz wreszcie zdecydować się na jedną opcję. Albo ADN jest chorobą dziedziczną i na widok Leny wszyscy członkowie komitetu rodzicielskiego robią znak krzyża i oblewają dziewczynę wodą święconą, albo deliria jest czymś, co łapie się przez kontakt z nieleczonym osobnikiem płci przeciwnej i to, że babcia i dziadek kochali się, że aż strach nie ma żadnego wpływu na następne pokolenia. Wóz albo przewóz, autorko (spoiler: autorka najczęściej decyduje się na szpagat).

Żal mi rodziny Marksów, lecz takie jest życie. To tak jak z porządkowymi: można nie lubić patroli i sprawdzania dokumentów, jednak ponieważ człowiek wie, że to wszystko dla naszej ochrony, nie można z nimi nie współpracować. I może to zabrzmi okropnie, ale wkrótce zapominam o rodzinie Willow.

Wiecie, dlaczego mam problem z tą serią? Bo cytaty takie jak ten utwierdzają mnie w przekonaniu, że książki Oliver mogłyby być całkiem niezłe, gdyby autorka nie przypominała sobie co jakiś czas, że pisze powieść YA i nie dostosowywała treści do – ekhm, ekhm – standardów wyznaczonych przez ów nurt literacki. Lena w powyższym fragmencie przełącza się na swój najlepszy tryb – dziewczyny żyjącej w dystopii, w której Mały Brat skutecznie pierze swym obywatelom mózgi. Choć (jak mieliśmy to okazję zaobserwować w poprzednim rozdziale) bohaterka odczuwa obawę przed porządkowymi, jest głęboko przekonana, że wszystkie te niedogodności są konieczne dla dobra narodu – i to pomimo tego, że to właśnie owi porządkowi doprowadzili do trzeciego z rzędu zabiegu jej matki! Chwile takie jak te to zdecydowanie najmocniejsza strona „Delirium”; momenty, w której Oliver udaje się zwalczyć klątwę Wszechwiedzącego Narratora Pierwszoosobowego i pozwala swej bohaterce myśleć tak, jak faktycznie mogłaby rozumować dziewczyna w jej sytuacji, a nie tak, jak na świat przedstawiony patrzyłby czytelnik z zewnątrz.

...Myślę, że nikogo z Was nie zaskoczy informacja, iż Lena już wkrótce przeobrazi się w Pełnowartościową Protagonistkę YA ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Czuję w sobie jakąś taką nerwową energię, a do tego oprócz masy papierkowej roboty związanej z zakończeniem szkoły muszę jeszcze opróżnić szkolne szafki, zdać egzaminy końcowe i pożegnać mnóstwo ludzi.

Jakie znowu egzaminy? Na początku książki wspominałaś, że zdałaś już wszystkie, pozostała ci tylko ewaluacja.

Hana i ja ledwo znajdujemy czas, żeby razem pobiegać. Kiedy się to zdarza, na mocy milczącego porozumienia trzymamy się naszych starych tras. Ku mojemu zaskoczeniu ani razu nie wspomniała o tamtym popołudniu w laboratorium.

Cóż, może po prostu zdała sobie sprawę z tego, w jakie bagno o mało co się nie wpakowałyście i nie chce nawet poruszać tego tematu z obawy, że ktoś mógłby was podsłuchać...

Umysł Hany ma tendencję do szybkich zmian obiektów zainteresowania, teraz jej nową obsesją jest przerwanie granicy na północy, o które ludzie po cichu oskarżają Odmieńców.

...albo po prostu ma poziom koncentracji równy temu prezentowanemu przez psiaki w „Odlocie”.


Aha, Oliver – widzę, że nadal nie ustaliłaś sama ze sobą, na ile powszechna wśród ludu jest wiedza o istnieniu Odmieńców. Nie chcę cię martwić, ale przeczytałam następne tomy i wiem, że w tej kwestii będzie ci iść już tylko gorzej.

Nawet przez chwilę nie biorę pod uwagę myśli, że mogłabym jeszcze raz udać się do laboratorium. Koncentruję się na wszystkim z wyjątkiem wątpliwości dotyczących Aleksa, co wcale nie jest takie trudne – teraz nie mogę uwierzyć, że wieczorem wyszłam z domu, okłamałam ciotkę i porządkowych tylko po to, żeby się z nim spotkać. Następnego dnia wydawało się to snem albo przywidzeniem. Tłumaczę sobie, że miałam po prostu chwilowe zaćmienie mózgu, który się przegrzał od biegania w upale.

Słowo daję, to chyba najpiękniejszy cytat w tej książce. Wydrukuję go sobie i będę na niego patrzeć podczas kolejnych analiz, aby w chwilach kryzysu móc pocieszać się myślą, że „Delirium” przynajmniej na początku dawało nam nadzieję na to, że tym razem przyjdzie nam przedzierać się przez kolejną serię w towarzystwie rozsądnej, odpowiedzialnej i dojrzałej protagonistki.


Przeskok!


Lądujemy na ceremonii rozdania dyplomów:

Gdy [Hana] przechodzi obok mnie, by zająć swoje miejsce, wyciąga do mnie rękę i ściska – dwa razy szybko, dwa razy przeciągle – a usiadłszy, przechyla głowę do tyłu, dzięki czemu widzę napis markerem na górze biretu: DZIĘKI BOGU! Tłumię śmiech, a Hana odwraca się i przybiera surową minę. Wszystkie jesteśmy oszołomione, a ja nigdy nie czułam się tak związana z dziewczętami ze Świętej Anny jak dzisiaj – wszystkie pocimy się w słońcu, które uśmiecha się do nas zbyt promiennie, wachlujemy się ulotkami z programem uroczystości, próbując nie
ziewać ani nie przewracać oczami, gdy dyrektor McIntosh przynudza gadką o „dorosłości” i „naszym wejściu w porządek społeczny”, szturchamy się nawzajem i rozluźniamy kołnierze szorstkich tóg, by wpuścić pod nie choć trochę powietrza.

Nie, nie mam nic do powyższego fragmentu; przytoczyłam go, albowiem podczas lektury tego rozdziału zdałam sobie sprawę, że ostatnią ceremonią rozdania dyplomów, z którą musiałam się zmierzyć, byli kanarkowożółci Cullenowie tłumaczący kolędy na koreański język migowy w „Zaćmieniu” i poczułam nagły przypływ optymizmu uświadamiając sobie, że jakkolwiek źle by nie było, przynajmniej nie tkwimy już w Meyerversum.

Nasze rodziny siedzą na składanych plastikowych krzesłach pod kremowym zadaszeniem, do którego przytwierdzono flagi szkoły, miasta, stanu i kraju.

Którymi są...? Oliver, podzielisz się z nami wreszcie jakąś konkretną informacją na temat zmian terytorialnych w twoim uniwersum (które po prostu musiały zajść, biorąc pod uwagę, czego w przyszłości dowiemy się o topografii obecnych Stanów)? Nie? Tak myślałam.

Uprzejmie biją brawo, gdy każda z nas wychodzi po odbiór swojego dyplomu. Kiedy przychodzi moja kolej, szukam wśród gości cioci i siostry, ale jestem tak przejęta tym, żeby się nie potknąć, że gdy staję na scenie i odbieram dyplom z ręki pani McIntosh, nie widzę nic tylko plamy kolorów – zielony, niebieski, biały, a do tego zlepek bladoróżowych i brązowych twarzy.

Uff, żadnej żółci, wygląda na to, że Cullenowie w tym roku opanowali ogólniak w innej części Stanów.

Nie potrafię też wyodrębnić żadnego dźwięku oprócz szumu klaszczących rąk. Wyjątkiem jest głos Hany, jasny i czysty jak dzwon: „brawo, Halena!”. To nasz specjalny okrzyk będący połączeniem naszych imion, którym zawsze dodajemy sobie otuchy przed zawodami czy egzaminami.

He, he – ciekawe jestem, czy Oliver jest świadoma tego, że w ten sposób w internecie oznacza się wszelakie shipy.

...Oraz nadaje imiona ludzko-wampirzym hybrydom w innych powieściach YA.

Przychodzi czas na pamiątkowe zdjęcia:

Kiedy przychodzi moja kolej, w ostatniej sekundzie Hana wskakuje obok mnie i zarzuca mi rękę na ramiona, a zaskoczony fotograf i tak naciska migawkę. Pstryk! I oto efekt: stoję zwrócona w stronę Hany, z otwartymi ustami i zaskoczeniem malującym się na twarzy – widać, że zaraz wybuchnę śmiechem. Hana, o całą głowę wyższa ode mnie, ma zamknięte oczy i otwarte usta. Naprawdę musiało być w tym dniu coś wyjątkowego, coś wspaniałego i może nawet magicznego, ponieważ mimo czerwonej od upału twarzy i włosów przyklejonych do czoła jest tak, jakby Hana przelała na mnie trochę swojej doskonałości – na tym zdjęciu, i tylko na nim, wyglądam ładnie. A może nawet więcej niż ładnie. Wyglądam pięknie.

Sama nie wiem, co mam myśleć. Z jednej strony, najwyraźniej mam dziś dzień flashbacków, albowiem przywodzi mi to na myśl scenę z „Rywalek”, kiedy to szczerze susząca zęby Amisia w konkursie na najpiękniejsze zdjęcie z Maxonem przebiła swym naturalnym pięknem profesjonalną modelkę Celeste. Z drugiej strony uważam, że to całkiem miłe, że przynajmniej raz bohaterkę opromienia nie samczy urok tru loffa, a siła przyjaźni. Z trzeciej strony... autorki, nauczcie się wreszcie, że jeżeli podkreślacie, jak to niekorzystnie wyglądała heroina, przystępując do pozowania, po czym raczycie nas opisem zdjęcia przedstawiającym cudowne dziecko Afrodyty i Heleny Trojańskiej, to w efekcie nie jesteśmy zbyt skłonni uwierzyć w „przeciętność” waszej pacynki.

I nagle jakby coś dziwnego pękło w powietrzu – zanim zdążę się zorientować, co się dzieje, wszystkie moje koleżanki obejmują się i tworzą jedno wielkie koło, po czym podskakując w górę i w dół, krzyczą: „Udało nam się! Udało nam się! Udało!”, a żaden z rodziców ani nauczycieli nie próbuje nas rozdzielić. Gdy wreszcie nasz krąg się rozpada, widzę, jak stoją wokół i patrzą na nas wyrozumiale. Łowię spojrzenie Carol i coś dziwnego ściska mnie w żołądku. Dociera do mnie, że dorośli pozwalają nam na te ostatnie wspólne wygłupy, ponieważ dobrze wiedzą, że wkrótce wszystko w naszym życiu zmieni się na zawsze.

A swoją drogą... właściwie dlaczego? Tak, remedium niszczy najwyraźniej zdolność odczuwania prawdziwej przyjaźni – ale obywatele Oliverversum nie żyją w próżni; jak się przekonamy w przyszłości, okazjonalnie urządza się różne przyjęcia, nie ma też specjalnych przeciwwskazań, by umówić się na herbatę i ploteczki. Hana i Lena już wkrótce otrzymają swój – całkiem zresztą udany – mini-wątek poświęcony powolnemu oddalaniu się od siebie, aby łatwiej było przełknąć konieczność nieuchronnego pożegnania... Problem w tym, że właściwie trudno rzec, dlaczego ono w ogóle jest nieuchronne. Posiadanie znajomych jako takich nie jest zabronione; dziewczyny po zabiegu przestaną troszczyć się o siebie, nie będzie zatem obawy, że łącząca je przyjaźń mogłaby namieszać im w głowie. A skoro znają się już tyle lat, czy nie byłoby rozsądnym, gdyby po wyleczeniu spotkały się ponownie i sprawdziły, czy nadal się dogadują i mają możliwości i chęci kontynuować tę znajomość w zmienionej formie?

No, chyba że Mały Brat działa zgodnie z zasadą „lepiej dmuchać na zimne” i uznaje, że lepiej nie ryzykować nawrotu uczuć. Ale w takim razie...dlaczego KTOKOLWIEK w ogóle pozwala nastolatkom na przyjaźń, wspólne imprezy i nocowanie u siebie? Jeśli naczelnym pragnieniem władz jest mordowanie u obywateli wszystkich objawów uczuć tak wcześnie, jak się da – to po choinkę pozwalać, aby owe uczucia w ogóle wykiełkowały? Dlaczego nikt nie krzywi się na wspólne treningi Hany i Leny? Dlaczego rodziny dziewcząt nie wymagają od nich, by ich wzajemne relacje sprowadzały się do kwestii stricte szkolnych? Jeśli miłość jest chorobą, to przyjaźń powinna być co najmniej ostrym przeziębieniem; jeśli kontakty między niewyleczonymi chłopakami i dziewczynami są zakazane, to znajomości w obrębie jednej płci powinny być ograniczane do niezbędnego minimum.

Bo wszystko się zmieni, a raczej wszystko się zmienia, nawet w tej chwili. Gdy klasa rozdziela się na kilkuosobowe grupki, a z tych potem odrywają się kolejne osoby, widzę, że Teresa Grass i Morgan Dell już zmierzają przez trawnik w stronę ulicy. Każda z nich idzie w otoczeniu rodziny, ze spuszczoną głową, żadna nie ogląda się za siebie. Uświadamiam sobie, że nie świętowały z nami i że nie widziałam Eleanor Rany, Annie Hahn ani innych wyleczonych. Musiały już pojechać do domu. Dziwny ból łapie mnie za gardło, chociaż dobrze wiem, że taka jest kolej rzeczy: wszystko się kończy, ludzie idą dalej, bez oglądania się za siebie. Tak właśnie powinno być.

No dobra, są emo-zombie i nie potrafią się śmiać (co zresztą nie ma specjalnego sensu; w "Delirium" możemy w pewnej chwili zaobserwować m.in. żartującego wujka Leny); ale dlaczego mimo wszystko nie świętowały z pozostałymi dziewczynami? Rodzice i opiekunowie także są wyleczeni, a mimo to klaszczą uprzejmie, gratulują absolwentom i – jak się za chwilę przekonamy – na swój sposób cieszą się z ich dokonań.

W tłumie dostrzegam Rachel i biegnę w jej stronę. Nagle pragnę znaleźć się obok niej, pragnę, by zmierzwiła mi włosy, tak jak kiedy byłyśmy małe, i żeby powiedziała: „dobra robota, Świrusku” – jak mnie w dzieciństwie przezywała.
(…)
Przyszłaś.
Oczywiście, że przyszłam. – Uśmiecha się do mnie. – W końcu jesteś moją jedyną siostrą, prawda? – Podaje mi bukiet stokrotek owinięty w brązowy papier. – Gratulacje, Lena.

A nie mówiłam? Rachel nie jest dłużej w stanie zachowywać się spontanicznie, a mimo to na swój sposób honoruje ważny dzień w życiu siostry. Mogłabym ostatecznie przyjąć, że pierwszy moment po zabiegu skutkuje swoistym szokiem i dopiero po pewnym czasie wyleczeni uczą się na powrót funkcjonować w społeczeństwie; niestety, kolejne tomy zaprzeczą owej tezie.

Przez chwilę stoimy bez ruchu i spoglądamy na siebie, a potem Rachel wyciąga rękę. Jestem pewna, że zamierza mnie objąć przez wzgląd na dawne czasy albo chce chociaż uścisnąć mi ramię. A ona tylko odgarnia mi grzywkę z czoła.
A fe – mówi, wciąż się uśmiechając. – Cała się spociłaś.
Wiem, że to dziecinne i niedojrzałe, ale nie mogę powstrzymać fali rozczarowania.

To akurat kwestia indywidualnych odczuć, ale skoro Rachel rzuca taką uwagę z uśmiechem, istnieje możliwość, że jest to jakaś forma czułości z jej strony – jedyna, na jaką ją obecnie stać.

Dziewczyny kierują się w stronę ciotki Carol i reszty rodziny.

Jestem pewna, że [Rachel] myśli tylko o tym, kiedy będzie mogła wreszcie wrócić do domu i do swojego życia.

Czy ja wiem? Jej obecne życie jest tak czy siak bezbarwne i pozbawione emocji; nie sądzę, by robiło jej różnicę, czy spędza czas z tobą, ze swoimi dziećmi, czy sama – co na dobrą sprawę jest jeszcze bardziej przerażające niż niechęć do przebywania w towarzystwie siostry jako taka.



Pozwalam sobie jeden jedyny raz obejrzeć się za siebie. To silniejsze ode mnie. Patrzę na dziewczyny krążące w swoich pomarańczowych togach niczym płomienie. Wszystko wydaje się nagle oddalone. Wszystkie głosy mieszają się z sobą i stają się nie do rozróżnienia – jak stały huk spienionego oceanu słyszalny pod rytmem portlandzkich ulic, tak nieodłącznie nam towarzyszący, że właściwie nie zwraca się na niego uwagi. Wszystko wydaje się ostre, żywe i nieruchome, jak gdyby narysowane cienką kreską i podkreślone atramentem – zastygłe uśmiechy rodziców, oślepiający błysk fleszy, otwarte usta i błyszczące białe zęby, lśniące czarne włosy, głęboki błękit nieba, bezlitosne światło i ludzie w nim skąpani – wszystko tak jasne i doskonałe, że nie mam wątpliwości, iż musi to być już wspomnienie, albo sen.


I to już wszystko na dziś. A w następnym odcinku: odwiedzamy Hanę i dowiadujemy się, jak w Oliverversum uzyskać dostęp do nielegalnych dzieł kultury i sztuki.

Do zobaczenia!


Maryboo