Tydzień
temu wspominałam, że następna analiza może ukazać się z
opóźnieniem z powodu napiętego grafiku – zarówno mojego, jak i
Beige. Ponieważ jednak znalazłam chwilę czasu, postanowiłam
podzielić się z Wami niniejszą mini-analizą. Na tę decyzję
złożyło się kilka czynników, jak niechęć do zostawienia Was
bez jakiejkolwiek lektury na weekend ;) ( jako że będę poza domem przez całą sobotę i niedzielę), oraz fakt, iż dzięki
ucięciu analizy w tym miejscu możemy zachować pewną płynność i
spójność historii.
Pyk, pyk, pyk. Trzy małe eksplozje, jak petardy, które odpalaliśmy na Eastern Promenade w Dzień Niepodległości. Pojedynczy krzyk, wysoki i rozpaczliwy. A potem jedna wielka ściana hałasu. Postaci ubrane na czarno pojawiają się znikąd, zewsząd. Wynurzają się z kanałów, wyrastają jak spod ziemi, wyłaniają się w oparach cuchnącego dymu. Opuszczają się z budynków niczym pająki na długich, czarnych linach.
Gromkie brawa dla nowojorskich Jadź i Henryków, widać,
że zabezpieczanie masowych imprez z szychami w rolach głównych
mają opanowane do perfekcji. Pomijam już nawet te nieszczęsne
kanały (w swoim czasie poświęcimy im zresztą nieco uwagi) – mam
rozumieć, że tutejsza policja nie sprawdziła nawet okolicznych
dachów?!
Wdzierają się w tłum, trzymając w ręku lśniące, ostre ostrza, zabierając ludziom portfele oraz zrywając naszyjniki z szyi i pierścionki z palców.
Autorko, drobna rada: jeśli chcesz, byśmy poczuli
grozę sytuacji, nie wstawiaj do tekstu zdań, które budzą
mimowolne skojarzenia z czarnymi charakterami z kreskówek
(kojarzycie te wszystkie bajki, w których główny złol okrada
niczego nieświadomych obywateli, zdejmując im z uszu kolczyki przy
wtórze wesołej melodyjki? No właśnie). Uwierz mi, twoje Hieny są
już wystarczająco jednowymiarowe.
Jak można się łatwo domyślić, wybucha powszechna
panika; ludzie zaczynają przeciskać się do wyjścia, pani Jadzia
otwiera ogień:
Jednemu z napastników opuszczających się po ścianie budynku udało się pokonać połowę drogi w stronę ziemi. Kula trafia go w plecy, jego ciałem wstrząsa spazm, a potem zwisa bezładnie na końcu liny, kołysząc się na wietrze.
Wiecie co? Na razie nie będę komentowała całego tego
zajścia, ani też dumała nad sensem przeprowadzania ataku na
miejsce, w którym aż roi się od służb z bronią palną.
Niezależnie od tego, czy uznamy, że zepsutym, nie do końca
normalnym Hienom opłacało się podobnie ryzykować dla
potencjalnych łupów, czy też uznamy ich wyskok za przejaw
wyjątkowego debilizmu - dana akcja tak czy inaczej stanie się
kompletnie kuriozalna w świetle wydarzeń całego tomu.
Widzę plamę krwi rozprzestrzeniającą się powoli na białym materiale.To jest koszmar. Koszmar z przeszłości. To się nie dzieje naprawdę.
A swoją drogą – czy Raven i Tack są świadomi, że
Lena tak jakby nie do końca przepracowała traumę związaną z
ucieczką z Portland i utratą PŚ? Czy w ogóle wiedzą o istnieniu
tejże traumy? Bo rewolucjonista, który zastyga jako ta żona Lota
będąc świadkiem postrzelenia przypadkowego statysty może jednak
nie być najlepszym kandydatem na wojownika o równość, wolność,
demokrację.
Rozentuzjazmowany tłum w końcu przewraca Lenę:
Ludzie biegają w panice i żeby uniknąć ciężkich butów, przetaczam się szybko z boku na bok. Wiem, że muszę podźwignąć się na nogi, ale kiedy próbuję się podnieść, znowu zostaję przewrócona. Tym razem czuję czyjś ciężar na plecach, nie mam czym oddychać.
I w dodatku została przygnieciona, co zbytnio nie
dziwi, biorąc pod uwagę jej drobną posturę. Naprawdę, szczwana
intryga zaczyna się prezentować coraz lepiej.
Na szczęście panika nie przesłania umiejętności
logicznego myślenia; dziewczyna chwyta leżący nieopodal kawałek
drewna i zaczyna dźgać otaczające ją odnóża, aby wydostać się
z kłębowiska rąk i nóg.
Gdy czuję, że ciężar zelżał, podrywam się do góry i ruszam pędem w stronę sceny. Julian zniknął. A przecież miałam go pilnować, choćby nie wiem co.
No nie, być nie może! Jak to możliwe? Zgubiłaś go w
tym morzu spanikowanych ludzi?! Kto mógłby pomyśleć!
Cóż, wiem, kto z całą pewnością NIE pomyślał o
podobnym scenariuszu. Droga Raven – niezależnie od tego, co
dokładnie przekazała ci Zainteresowana Strona, wiedziałaś, że na
Times Square wybuchną dziś zamieszki. I naprawdę nie
przewidziałaś, że niska, bynajmniej nie wyszkolona na
profesjonalnego szpiega/agenta tajnych służb dziewczyna może
zwyczajnie nie dać rady wykonać twojego polecenia?
Widzicie, kochani, właśnie o to chodziło mi, gdy
pisałam w poprzedniej analizie, że Genialny Plan Raven od początku
opiera się w znacznej mierze na szczęściu, jak również...
Aż nagle spoglądam w lewo i go dostrzegam. Poganiają go w stronę starego wejścia do metra, jak wszystkie inne zabitego deskami, ale widzę, że jeden z ochroniarzy popycha sklejkę do przodu. A więc to nie zapora, lecz drzwi. Potem znikają w środku, a wejście zamyka się z powrotem.
...na fantastycznym wyczuciu czasu naszej bohaterki.
Naprawdę, Raven – co zrobiłabyś, gdyby Lena odwróciła głowę
o pół sekundy za późno i w efekcie przybiegła do ciebie z
płaczem, wyznając, że nie pojęcia, gdzie zawieruszył się
Juleczek?
Na Times Square nadal panuje chaos, ludzie krzyczą, pan
Heniek próbuje ustrzelić jak największą liczbę Hien.
Biegnę w stronę wejścia do metra, w którym zniknął Julian. Powyżej widzę wyblakły ciąg liter i cyfr z dawnego oznaczenia stacji: N, Q, R, i, 2, 3, 7. Pośrodku całego tego zamieszania jest coś uspokajającego: kod starego świata, znak z innego życia. Zastanawiam się, czy to możliwe, aby stary świat był gorszy niż to — tamta epoka oślepiających świateł, brzęczącego prądu i ludzi, którzy otwarcie okazywali uczucia. Zastanawiam się, czy oni także w panice tratowali jeden drugiego na śmierć i zwracali broń przeciwko swoim sąsiadom.
Nie ma co, wybrałaś sobie świetny moment na
filozoficzne przemyślenia.
Znowu czyjś cios pozbawia mnie tchu i lecę do tyłu. Ląduję na lewym łokciu, słyszę chrupnięcie. Ból przeszywa mnie na wskroś.
A niech to, Lena znowu zrobiła sobie kuku. Zakładam,
że ów pokiereszowany łokieć mieści się na skali bólu gdzieś
pomiędzy „niedogodna utrata połowy łydki” a „bezwonna i
bezproblemowa rana postrzałowa”.
Aż tu wtem! Za plecami Leny staje jedna z Hien, która
ma chrapkę na jej plecak.
Sama nie wiem czemu, ale to tylko wzmaga moją wściekłość. Jak śmiesz? — chciałabym rzucić jej w twarz. Zepsułaś wszystko!
...Leno, czyżby aż tak zależało ci na wysłuchaniu
przemowy Finemana?
Panna Haloway posłusznie zdejmuje plecak, ale zamiast
oddać go Hienie, zaczyna robić w myślach przegląd jego
zawartości:
Metalowa butelka, pusta. Parasol Tacka. Dwa batony muesli. Klucze. Księga SZZ w twardej oprawie. Tack nalegał, bym ją zabrała, i teraz się z tego cieszę. To prawie sześćsetstronicowa cegła.
Wow, Tack. Moje gratulacje, powoli w swej głupocie
zaczynasz doganiać damę swego serca. Miałeś wpływ na to, co Lena
wrzuci dziś do plecaka – i uznałeś, że na naklejkę „Odmieńcy
aprobują” zasługują dwa batony i pusta butelka?
— Powiedziałam: ruszaj się.Hiena, zniecierpliwiona, pochyla się, by wyrwać mi plecak, a wtedy ja, pokonując ból, biorę zamach z całej siły. Plecak uderza ją w skroń z taką siłą, że zwala ją z nóg - przewraca się na bok i ląduje twardo na ziemi.
Wiecie co? Zrobiłam symulację w domowych warunkach
(minus Hiena) i mam pewne wątpliwości, czy ogarnięta właśnie
falą bólu z racji najnowszej kontuzji Lena dałaby radę machnąć
plecakiem zwierającym sześćsetstronicową książkę i metalową
butelkę na tyle szybko i zwinnie, by Hiena nie zdołała się
uchylić, jeśli wręcz nie wyrwać jej łupu z rąk.
Lena zgrabnie wymierza powalonej Hienie dwa kopniaki z
półobrotu w żebra, po czym rusza na poszukiwanie Juleczka:
Udaje mi się dotrzeć do wejścia do metra. Kładę rękę na drewnianej desce i przez chwilę stoję przed nią nieruchomo. Jej faktura jest kojąca, zahartowana deszczem i wiatrem, spalona słońcem: mały kawałek normalności w środku tego całego obłędu.
Przemyśleń wprost idealnie dobranych do sytuacji część
druga.
Wreszcie popycham drzwi. Gdy się otwierają, uderza mnie ostry, stęchły zapach, a moim oczom ukazuje się nieprzenikniona ciemność. Wchodzę do środka. Zamykam za sobą drzwi.
Och, gwiazdeczko, widać, że nigdy nie oglądałaś
filmów grozy. Zasada numer jeden: nie odcinamy sobie drogi ucieczki.
A swoją drogą, muszę wreszcie zadać to pytanie:
Leno, to bardzo ładnie, że tak posłusznie wypełniasz rozkazy
Raven, ale...co właściwie zamierzasz osiągnąć?
Skoro ochroniarze zaprowadzili Juleczka na stację
metra, można założyć, że mieli w tym jakiś cel; nieważne, czy
znajduje się tu tajny tunel do posiadłości Finemanów, czy też
najzwyczajniej w świecie goryle skupili się na chwilowym odsunięciu
Juliana od źródła zamieszek – chłopak znajduje się obecnie pod
ochroną, w zamkniętej przestrzeni. Co dokładnie zamierzasz zrobić,
gdy już go przyuważysz? Bo niestety, w obecnej sytuacji niewinny
stalking raczej nie ma szans przejść niezauważony przez osoby
trzecie (a może i samego zainteresowanego).
Zapach jest tu ostrzejszy. To won śmierci i rozkładu, zwierzęcych kości i gnicia.
Hm, teorię o tajnym tunelu można zatem zapewne
wykluczyć. No nic, zobaczymy, co będzie dalej.
Gdzieś po lewej rozlega się monotonne kapanie. Poza tym jest cicho.Rozciągające się przede mną schody pokryte są kawałkami pomiętych gazet, pogniecionych jednorazowych kubków, niedopałków papierosów, a wszystko jest słabo oświetlone elektryczną latarenką, z rodzaju tych, jakich używaliśmy w Głuszy. Ktoś musiał je tu wcześniej postawić.
To dosyć podejrzane, nie uważasz? Kto i w jakim celu
miałby zostawiać zapaloną latarkę w opuszczonym miejscu, do
którego oficjalnie nie ma wstępu – i to w samym środku dnia?
...Słowo daję, jak na istotę, która najpierw
przeżyła akcję „Kłódka”, a później zmuszona była żyć w
obozie...ekhm...przetrwania, ta dziewczyna jest
wręcz porażająco niedomyślna.
Ruszam w stronę schodów z maksymalnie natężoną uwagą. Ochroniarze Juliana mogli słyszeć, jak otwieram drzwi. Mogą się na mnie czaić.
TERAZ wpadło ci to do głowy?
Przeklinam w myślach wszystkie skanery ciała i wykrywacze metalu. Oddałabym wszystko za nóż albo scyzoryk.
Ja wiem, że lepsza jakakolwiek broń, niż żadna, ale
skoro już uprawiamy myślenie życzeniowe, to na twoim miejscu
pofantazjowałabym raczej o jakiejś broni dalekiego zasięgu, bo
scyzoryk na niewiele się zda w starciu z karabinem ochroniarza
Zdzisia.
A wtedy przypominam sobie o kluczach. Znowu zdejmuję plecak. Kiedy zginam łokieć, ból promieniuje aż do ramienia, tamując mi dech w piersi. Szczęście w nieszczęściu, wylądowałam na lewej ręce — z unieruchomioną prawą nie byłoby ze mnie żadnego pożytku.
Bujać to my, ale nie nas; unieruchomiona prawa ręka w
twoim przypadku oznaczałaby co najwyżej odkrycie nieznanych
dotychczas możliwości lewej kończyny.
Lena, pozbawiona innej broni, robi prowizoryczny kastet
z kluczy, po czym rusza w dalszą wędrówkę, przeskakując ponad
zardzewiałymi bramkami wejściowymi. Niestety, napotyka przeszkodę
natury logistycznej:
Stąd korytarz rozwidla się na kilka ciemnych tuneli, z których każdy oznaczony jest innym znakiem — kolejne litery i liczby. Julian mógł pójść którymkolwiek z nich.
Wiem, że sama przed chwilą snułam wizję tajnych
przejść do Fineman Manor, ale Lena ani przez chwilę nie
podejrzewa, że Julek mógłby używać stacji w takim celu. Dlaczego
zatem w ogóle nie dziwi jej, że ochroniarze Juliana najwyraźniej
nie tyle zaciągnęli go do pierwszego lepszego osłoniętego
miejsca, co znają owe tereny na tyle dobrze, by w jakimś celu
wprowadzać go w plątaninę tuneli?
Stacja pogrążona jest w mroku, ale Lenka boi się
wracać po Absolutnie Nie Wzbudzającą Podejrzeń Latarkę, bowiem
nie chce, by wydało ją światło.
Przystaję, sfrustrowana, nie wiedząc, co robić dalej. Zawaliłam, to pewne — i to swoje pierwsze zadanie dla ruchu oporu.
Usłużnie przypomnę, że zadanie brzmiało: „nie
spuszczaj go z oczu” i moim zdaniem wywiązałaś się z niego
nadzwyczaj dobrze, biorąc pod uwagę, że mało brakowało, a
podzieliłabyś los Mufasy.
Ale przecież Raven i Tack nie mogą mnie winić za zgubienie Juliana, kiedy zaatakowały Hieny.
Dziewczyno, mówimy o tej samej damie, która zarzuca
ciężko chorym osobom porządkującym narobiony przez nią syf, że
są leniwe i niezaradne – oczywiście, że będzie
cię za to winić.
Nie mogłam tego przewidzieć ani przygotować się na chaos. Nikt nie mógł.
Rzekłabym, że panie Halinki pracujące w Ochotniczej
Służbie Małego Brata – mogły, a nawet powinny.
Stwierdzam, że najlepsze, co mogę zrobić, to przeczekać tutaj następne kilka godzin, dopóki policja nie zaprowadzi porządku. Jeśli będzie trzeba, zostanę tu na noc. Jutro jakoś dostanę się z powrotem na Brooklyn.
Taktyka w teorii niegłupia, zwłaszcza, jeżeli an
zewnątrz nadal trwa – nomen omen – pandemonium, ale, Leno...czy
naprawdę nie zastanawia cię ta latarka?
Lena widzi jakiś cień po lewej, próbuje się
zamachnąć na przeciwnika, okazuje się, że to tylko szczur....Aż
tu wtem!
I właśnie wtedy dochodzi mnie ten dźwięk, wyraźny i nie do pomylenia — dwa głuche uderzenia i cichy jęk:— Błagam...To głos Juliana.
Na szczęście dla Genialnego Planu, Lena nie tylko jest
wiernym podwładnym Raven, ale w dodatku, jak większość
protagonistek YA, jest pozbawiona instynktu samozachowawczego, wobec
czego zaczyna skradać się w stronę hałasu:
Po kilku krokach przystaję i nasłuchuję z nadzieją, że usłyszę następny dźwięk, że Julian znowu coś powie. Ale nie słyszę nic, z wyjątkiem monotonnego kap, kap, kap. Gdzieś tu musi przeciekać rura. A wtedy mój wzrok pada tam. Z kraty u sufitu zwisa ciało mężczyzny, z paskiem zaciśniętym wokół nabrzmiałej szyi. Nad nim na metalowej rurze skrapla się woda i skapuje na posadzkę tunelu. Kap, kap, kap. Jest tak ciemno, że nawet nie widzę jego twarzy — krata wpuszcza jedynie smużkę szarego światła z góry — ale po szerokości barków poznaję w nim jednego z ochroniarzy Juliana. U jego stóp leży drugi ochroniarz, zwinięty w pozycji płodowej, a z jego pleców wystaje długa rękojeść noża.
Ups, wygląda na to, że profesjonalni ochroniarze są
jeszcze mniej zaradni od pani Halinki, skoro najwyraźniej zawlekli
Złotego Chłopca Oliverversum nie do sprytnie ukrytego
schronu/tajnego przejścia do bezpiecznej strefy, ale po prostu
pierwszego zadaszonego miejsca, które im się natrafiło – nie
sprawdziwszy nawet zawczasu (czytaj: przed samą imprezą), czy teren
jest bezpieczny.
Julian po raz kolejny jęczy błagalnie, a Lena wreszcie
zaczyna mieć ludzkie odruchy, wpadając w panikę i postanawiając
jak najszybciej wydostać się ze stacji:
Błagam. Zabierzcie mnie stąd. Nigdy nie biegłam tak szybko. Zaraz serce wyrwie mi się z piersi. Nie mogę oddychać.Nagle z obu stron wyrastają dwa czarne kształty i w moim przerażeniu jawią mi się niczym ogromne czarne ptaki, wyciągające skrzydła, żeby mnie nimi zakryć. Mężczyzna łapie mnie za nadgarstek. Klucze wypadają mi z ręki.— Nie tak szybko — mówi jeden z nich.A potem przeszywający ból, błysk bieli. I pochłania mnie ciemność.
I to już wszystko na dziś. A w następnym odcinku:
powracamy do Głuszy, gdzie żegnamy jednego ze statystów i
otrzymujemy niecodzienną wiadomość od pana Wiesia.
Do zobaczenia!
Maryboo