Minęło dokładnie trzydzieści sekund, kiedy Fred wpada do kuchni, cały czerwony na twarzy.
— Gdzie ona jest? — Pod jego pachami widnieją plamy potu, a włosy, tak starannie ułożone na żelu na ceremonię, są w nieładzie.
Kusi mnie, by zapytać, kogo ma na myśli, ale wiem, że tylko bym go rozwścieczyła.
— Uciekła — odpowiadam.
— To znaczy? Marcus powiedział mi...
— Uderzyła mnie — wyjaśniam. Mam nadzieję, że policzek wymierzony przez Lenę pozostawił ślad. — I... uderzyłam głową o ścianę. A ona uciekła.
Fredziu, błagam, nie kupuj tego idiotyzmu.
— Cholera. — Fred przeczesuje ręką włosy, wychodzi na korytarz i przywołuje ochroniarzy. A potem odwraca się do mnie.
— Dlaczego, do cholery, nie pozwoliłaś Marcusowi, żeby się tym zajął? I w ogóle dlaczego zostałaś z nią sama?
- Chciałam wyciągnąć od niej informacje. Pomyślałam, że powie mi więcej na osobności.
Wytłumaczenie cienkie jak dupa węża. Nieprzeszkolona do takich rzeczy Hana miałaby wziąć się za przeprowadzanie przesłuchania? I skąd ten pomysł, że owa skażona delirką, niebezpieczna rebeliantka miałaby powiedzieć cokolwiek żonie wielkiego złola? Fred jest w tej scenie tragicznie łatwowierny. Mózg mu się zlasował akurat na samej końcówce. Smuteczek.
- Cholera - powtarza Fred. Co dziwne, im bardziej się denerwuje, tym robię się spokojniejsza.
— Co się dzieje?
Fred nagle kopie w krzesło, które sunie po posadzce.
- Wszystko się wymknęło spod kontroli, oto, co się dzieje.
Ekhm, że tak szybciutko przypomnę:
Cassandra powiedziała, że Fred dopuścił do tych ataków, by udowodnić, że Odmieńcy istnieją, i pokazać, że są potworami. Ale teraz, gdy te potwory są tu, po naszej stronie muru, na naszych ulicach, nie wierzę, że mógłby na coś takiego pozwolić. Muszę wierzyć, że to naprawi, nawet jeśli będzie musiał pozabijać ich wszystkich.
No cóż, musisz przyznać, Hanuś, że idzie mu świetnie. Postawiłaś na nie tego konia, kochanie.
Nie może ani chwili ustać spokojnie.
Zaciska dłonie w pięści i przez chwilę wydaje mi się, że mnie zaatakuje, tylko po to, by móc się na kimś wyżyć.
- Chyba jakieś tysiąc osób bierze udział w zamieszkach. Część z nich to Odmieńcy. A część to tylko dzieciaki. Głupie dzieciaki... Gdyby wiedziały...
Przerywa, gdy w korytarzu słychać kroki biegnących ochroniarzy.
— Pozwoliła jej uciec - oznajmia im od razu Fred. Nawet nie próbuje ukryć pogardy w swoim głosie.
— Uderzyła mnie — powtarzam znowu.
Co byłoby absolutnie do przewidzenia, gdyby Lena była rzeczywiście jakimś randomowym Odmieńcem.
Marcus patrzy na mnie. Celowo unikam jego wzroku. Nie może wiedzieć, że pozwoliłam Lenie uciec. Nie pokazałam po sobie, że ją znam. Uważałam, by nie patrzeć na nią w samochodzie.
Jeżeli Marcus nie domyśla się, że się znacie, to przynajmniej musi myśleć, że jesteś bezdennie głupia. To przecież ty odesłałaś ochronę i zostałaś sam na sam z tą jakże niebezpieczną osobniczką. Także teraz nie ma co robić miny zdziwionego Pikachu tylko ewentualnie palnąć się w łeb.
Kiedy Marcus odwraca wzrok i spogląda ponownie na Freda, pozwalam sobie odetchnąć.
— Co mamy zrobić? — pyta Marcus.
- Sam nie wiem. - Fred pociera czoło. — Muszę pomyśleć. Cholera! Mu s z ę p o myś l eć.
- Dziewczyna chełpiła się, że mają na Essex Street posiłki - wtrącam. - Mówiła, że w każdym domu na naszej ulicy są ulokowani ich ludzie.
— Cholera! — Fred stoi chwilę nieruchomo, wpatrując się w ogród na tyłach domu. A potem podejmuje decyzję. — Okej, już wiem. Zadzwonię zaraz na 111 po wsparcie, a wy tymczasem zabierzecie się do patrolowania ulic. Obserwujcie wszystko uważnie, czy gdzieś się nie kryją. Zgnieciemy te małe gnidy. Zaraz ruszę za wami.
— Tak jest, szefie. — Marcus i Bill znikają w korytarzu.
Fred łapie za słuchawkę. Kładę rękę na jego ramieniu. Odwraca się, poirytowany, i odwiesza telefon.
— Czego chcesz? — pyta ze złością.
— Nie wychodź na zewnątrz, Fred. Błagam. Ona powiedziała... ona powiedziała, że tamci są uzbrojeni. Powiedziała, że otworzą ogień, jeśli tylko wychylisz głowę za drzwi...
Ogarniam, że Hanka chce za wszelką cenę zatrzymać Fredzia w domu, że sobie ładnie wybuchnął, ale nawet gdyby nie było bomby, a ona rzeczywiście martwiła się o męża, to akurat on takie rzeczy powinien sam dobrze wiedzieć. No ale w sumie zamiast się gdzieś zabunkrować, przyjechał jak półgłówek na swoją własną chatę, więc może naprawdę trzeba mu przypomnieć jakieś podstawy bezpieczeństwa w jego sytuacji.
— Nic mi nie będzie. — Odsuwa się ode mnie.
— Błagam — powtarzam. Zamykam oczy i w myślach proszę Boga o przebaczenie. — To nie jest tego warte, Fred. Potrzebujemy cię. Zostań w domu. Niech policja się tym zajmie. Obiecaj mi, że nie wyjdziesz na zewnątrz.
Widzę, jak napina szczękę. Mija długa chwila. Lada moment może nastąpić eksplozja: tornado odłamków drewna, tunel ryczącego ognia. Zastanawiam się, czy będzie bolało. Boże, wybacz mi, bo zgrzeszyłam.
— W porządku — mówi wreszcie Fred. — Obiecuję. — Znowu podnosi słuchawkę. — Tylko trzymaj się od tego z daleka. Jeszcze byś coś schrzaniła.
— Będę na górze — odpowiadam, ale Fred już się ode mnie odwrócił.
No i w porządku, ale Fredek odesłał swoją ochronę, więc siedzenie w domu samemu jest tak samo durne jak latanie z giwerą i strzelanie do Odmieńców. Tym bardzie że Mówiła, że w każdym domu na naszej ulicy są ulokowani ich ludzie. O ile nie jest się Kevinem McCalisterem, to czekanie aż wróg sam wpadnie do nas na chatę może skończyć się źle.
Przechodzę przez korytarz, drzwi zamykają się za mną. Słyszę przez drewno przytłumiony dźwięk jego głosu. Teraz w każdej chwili może rozpętać się piekło. Myślę o tym, żeby pójść na górę, tam, gdzie miał być mój pokój. Mam ochotę się położyć i zamknąć oczy. Jestem taka zmęczona, że pewnie usnęłabym od razu. Zamiast tego otwieram tylne drzwi, przemykam przez werandę i wychodzę do ogrodu, tak by nikt nie zobaczył mnie przez wielkie kuchenne okna. Powietrze pachnie wiosną, mokrą ziemią i młodą roślinnością. W gałęziach drzew śpiewają ptaki. Wilgotna trawa przykleja mi się do kostek i brudzi rąbek sukni. Gdy wchodzę między drzewa, dom znika mi z oczu. Nie zostanę tu, by patrzeć, jak płonie.
Byłoby bardziej dramatyczne, gdyby Hania musiała zostać do samego końca i przekonywać Freda albo odwracać jego uwagę, żeby nie wylazł z domu. No i poszliby z dymem oboje, jakże wielkie poświęcenie Hanusi, odkupienie, symbolizm i takie tam. A tak, wątek Hanki kończy się w dosyć nudny sposób. Jeszcze zobaczymy ją raz, ale nie ma co liczyć na nic interesującego.
LENA
Deering Highlands płonie. Czuję swąd pożaru znacznie wcześniej, nim tam docieram, a jakieś pół kilometra od celu dostrzegam smugę dymu nad drzewami i płomienie tańczące na starych, zniszczonych dachach.
Na Harmon Road mój wzrok przykuwa otwarty garaż, a w nim zardzewiały rower zawieszony na ścianie jak myśliwskie trofeum. Właściwie to złom, a przerzutki jęczą w proteście przy każdej próbie zmiany, ale lepsze to niż nic. W gruncie rzeczy nie przeszkadza mi ani grzechotanie łańcucha, ani dzwonienie wiatru w uszach. Pomagają mi nie myśleć o Hanie i nie próbować zrozumieć, co się stało. Zagłuszają w mojej głowie jej głos mówiący: „Idź".
Nie zagłuszają jednak huku eksplozji ani syren, które zaczynają wyć zaraz po nich. Słyszę ich zawodzący jęk nawet tuż przed Deering Highlands. Mam nadzieję, że udało się jej wydostać. Odmawiam za to modlitwę, chociaż nie wiem już, do kogo się modlę. Gdy docieram na Deering Highlands, mogę myśleć tylko o Grace.
Naprawdę żal mi reszty rodziny Leny, nie zasłużyli sobie na to, żeby zakończyć tę serię w Czarnej Dziurze Fabularnej.
Pierwsze, na co zwracam uwagę, to ogień przeskakujący z domu na dom, z drzewa na dachy i na mury. Ktokolwiek go podłożył, zrobił to celowo, działał systematycznie. Pierwsza grupa naszych przedarła się przez mur niedaleko stąd, musi to więc być robota porządkowych.
Drugie, to widok ludzi: biegają w popłochu, ich kształty rozmazują się w kłębach dymu. Widok tylu ludzi tutaj to dla mnie szok. Gdy mieszkałam w Portland, Deering Highlands było dzielnicą opustoszałą. Stało się to po wykryciu tutaj siedliska buntowników. Nie mam jednak czasu pomyśleć, co to znaczy, że Grace i ciotka mieszkają teraz w tym miejscu, ani zastanawiać się, co tu robią inni.
Nie trzeba tęgiego umysłu, żeby domyślić się, co się stało. Lenuś, wysil się raz, błagam.
Wśród mijających mnie z krzykiem lub przemykających między drzewami ludzi staram się wyszukać jakieś znajome twarze. Nie widzę jednak żadnych szczegółów, tylko kolory i kształty, ludzi trzymających w ramionach tobołki ze swoim dobytkiem. Słyszę płacz dzieci i serce mi się kraje: każde z nich może być Grace. Małą Grace, która ledwo wydawała z siebie jakiekolwiek dźwięki, a teraz może płacze gdzieś w półmroku.
Jenny? Jaka Jenny?
Całe ciało pulsuje we mnie żarem, jak gdyby płomienie przedostały się do mojej krwi. Staram się przypomnieć sobie topografię Deering Highlands, ale w głowie mam zamęt: tańczą w niej obrazy domu przy Brooks Street 37, koca w ogrodzie i drzew pozłoconych przez słońce chylące się ku ziemi.
Tylko mi tu teraz nie wspominaj Liściostfora, nie czas na to. Tzn. żaden czas nie jest na to dobry, ale szczególnie teraz!
Lena dociera na Wynnewood Road, gdzie ogień jeszcze aż tak nie szaleje.
Na połowie domów nie widzę żadnych numerów. Grace najprawdopodobniej już uciekła. Mam nadzieję, że była wśród tych, których widziałam między drzewami, ale gdzieś głębiej tkwi we mnie obawa, że może być gdzieś uwięziona, że ciotka Carol, wujek William i Jenny zostawili ją na pastwę losu.
Serio? Teraz przerzucamy się z „w sumie mam moją rodzinę w dupie, poza Grace, rzecz jasna” do „moja rodzina jest evil i pewnie już dawno Grace zjadła”? WTF?
Zawsze chowała się po kątach, by jak najmniej rzucać się w oczy.
Wyblakła skrzynka pocztowa wskazuje numer 31: to smutny, chylący się ku ziemi dom, dym bucha z okien na piętrze, a płomienie tańczą na zniszczonym dachu. I wtedy dostrzegam ją — albo przynajmniej tak mi się wydaje. Mogłabym przysiąc, że przez sekundę widziałam jej twarz, bladą jak płomień, w jednym z okien. Zanim mam szansę ją zawołać, znika.
Biorę głęboki wdech, ruszam biegiem przez trawnik, a potem w górę po zbutwiałych schodach. Muszę zatrzymać się w drzwiach, bo kręci mi się w głowie. Poznaję te meble: wyblakłą kanapę w paski, dywan z jego przypalonymi frędzlami i ledwo widoczną plamę na starych ozdobnych poduszkach, gdzie Jenny wylała sok z winogron — pochodzą z mojego starego domu, z domu ciotki Carol na Cumberland Avenue. Jakbym wpadła prosto do przeszłości, ale przeszłości wypaczonej, śmierdzącej dymem i zatęchłą tapetą, gdzie wszystko jest jakoś zdeformowane.
A to wszystko przez ciebie. I jak się z tym czujesz, misiaczku? Masz zamiar w ogóle się nad tym zastanowić, czy nie bardzo? Stawiam na nie bardzo.
Lena szuka Grace po całym domu, ale ogień już pochłania pokój za pokojem i dziewczyna musi sama się ratować. Gdy wreszcie wydostaje się z budynku, omal nie potyka się o klamkę do piwnicy.
Nie wiem, co każe mi sięgnąć za siebie i szarpnięciem otworzyć drzwi — może instynkt, a może przesądna wiara, że nie potknęłam się o nie przypadkiem. Strome schody wiodą w głąb małej, prymitywnej ziemianki. Piwnica wyposażona jest w półki, na których stoją puszki z jedzeniem. Na ziemi w rzędzie stoi kilka szklanych butelek, pewnie z czymś do picia. Siedzi wciśnięta w kąt tak głęboko, że o mało jej nie zauważyłam. Na szczęście zanim zamykam drzwi, zmienia pozycję i kątem oka dostrzegam jedną z jej tenisówek, oświetloną zadymionym czerwonym światłem wpadającym z góry. Buty są nowe, ale rozpoznaję fioletowe sznurówki, które sama pomalowała.
— Grace - mówię ochrypłym głosem. Staję na najwyższym stopniu. Gdy oczy dostosowują się do półmroku, Grace staje się wyraźniejsza. Jest wyższa niż osiem miesięcy temu, chudsza i bardziej brudna. Siedzi przykucnięta w kącie, spoglądając na mnie dzikim, przestraszonym wzrokiem. — Grace, to ja.
Czyli naprawdę ją zostawili. To albo są rzeczywiście evil, albo po prostu nie mogli jej znaleźć i musieli ratować własne życie. Albo, w co już prędzej uwierzę, Oliver wcisnęła ich tak głęboko do Czarnej Dziury Fabularnej, że nie zdążyli się z niej wygramolić, żeby złapać Grace.
Dziewczynka na początku nie chce podejść do Leny, ale gdy ta się przedstawia, mała ją wreszcie poznaje.
— Lena? — pyta szeptem pełnym nabożnego lęku. Ale wciąż się nie rusza. Ponad nami rozlega się ogłuszający huk. Spadła duża gałąź albo fragment dachu. Ogarnia mnie przerażenie, że jeśli teraz się stąd nie ruszymy, dom się zawali i zostaniemy tu pogrzebane na zawsze.
— Chodź, Gracie — przywołuję ją dawnym zdrobnieniem. Kark mam cały mokry od potu. — Musimy iść, dobrze?
Wreszcie Grace się porusza, ale niechcący uderza przy tym w coś stopą i słyszę brzęk tłuczonego szkła. Zapach staje się bardziej intensywny, pali mnie w nozdrza i wreszcie wiem, co to jest. Benzyna.
— Ja nie chciałam — mówi Grace piskliwym, spanikowanym głosem. Przykuca, a ja obserwuję, jak ciemna plama płynu rozchodzi się po ziemi.
Jako że teraz to już nie ma czasu na cackanie, Lena chwyta Grace i siłą wyciąga z budynku.
Wybiegam z nią na górę, na świat pogrążony w dymie i płomieniach. Powietrze jest rozmyte, migocze od gorąca, jak gdyby wszystko stało się mirażem. Byłoby szybciej, gdybym postawiła Grace na ziemię i pozwoliła jej biec obok mnie, ale teraz, gdy wreszcie ją mam — teraz, gdy jest ze mną, trzyma się mnie kurczowo, a serce bije jej w piersi jak oszalałe, łącząc się z rytmem mojego serca — nie wypuszczę jej.
Rower, dzięki Bogu, leży tam, gdzie go zostawiłam. Grace sadowi się niezdarnie na siodełku, a ja wciskam się za nią. Odpycham się i zaczynamy jechać, moje nogi są jak z kamienia, dopóki nie zaczyna nas nieść siła rozpędu. A wtedy pedałuję, najszybciej jak mogę, byle dalej od dymu i płomieni, zostawiając za sobą Deering Highlands w morzu ognia.
Nie myśląc ani trochę o reszcie rodziny i o tym, czy jednak nie warto byłoby ich też później poszukać, jak walki się skończą. O ile jeszcze żyją.
HANA
Maszeruję przed siebie, nie zwracając uwagi na to, gdzie jestem i dokąd idę. Jedna noga za drugą. Moje białe buty stukają cicho o asfalt. W oddali słyszę krzyki. Słońce świeci mocno, czuję na ramionach jego przyjemne ciepło. Wiatr porusza lekko drzewami, które po drodze kłaniają mi się i machają, kłaniają i machają. Jedna noga, a potem druga. To takie proste. Słońce świeci tak mocno.
Co się ze mną stanie?
Nie wiem. Może natknę się na kogoś, kto mnie rozpozna. Może wrócę do rodziców. Może, jeśli świat się nie skończy, jeśli Fred już nie żyje, zostanę sparowana z kimś innym. A może będę tak iść, aż dotrę na koniec świata. Może. Teraz to nieistotne. Teraz jest tylko rozpalone do białości słońce wysoko na niebie, są smugi szarego dymu i krzyki brzmiące jak odległe fale oceanu. Jest stukot moich butów i są drzewa, które zdają się przytakiwać i mówić mi: „Wszystko jest dobrze. Wszystko będzie dobrze".
Kto wie, może mają rację.
No to pa pa Hanuś. Niestety twój wątek był nudny, więc w sumie nie powinnam się dziwić, że i jego koniec nie robi na mnie wrażenia. Żebyś chociaż odchodziła wolno i majestatycznie, a za tobą w tle widać było wielki wybuch jak na filmach akcji. No wiesz, cool guys don’t look at explosions.
Jestem mimo wszystko zawiedziona.
Ale to jeszcze nic. Poczekajcie na zakończenie wątku Lenki. Ale to już następnym razem.
Do zobaczenia!
Beige



